Dwóch braci, dwie wystawy

Kochani moi,

Zaczepiła mnie koleżanka Anka z wymownym – „no i co?”.
No i się nie wyrobiłam. Doba za krótka… Wystawa jak pociąg – stanęła na stacji końcowej. Postoi do sierpnia i odjedzie w przeszłość.

Jednak moja praca jeszcze się nie skończyła. I wcale nie myślę tutaj o wykładach dla szanownej i bardzo zainteresowanej publiczności, oprowadzaniu gości czy referatach do napisania (o konieczności ich wygłoszenia już nie wspomnę). Póki wystawa trwa, nadal prowadzę prace badawcze. Taki zbiór skrzętnie uzbieranych i sprowadzonych z rozmaitych instytucji czy od prywatnych właścicieli dzieł to jedyna w swoim rodzaju okazja do obserwacji rozwoju (a czasem bywa że i regresu) oraz zmienności twórcy. Od bardzo dawna trudno mi było się pogodzić z krótkotrwałością i nieodwracalnością tej chwili zwanej wystawą. Chwili, w której wszystkie dzieła można zobaczyć razem i przyjrzeć się ich wzajemnym relacjom. Bo może wyda się to śmieszne, ale nawet organizatorzy i twórcy wystawy nie widzą obrazów razem, aż do momentu, kiedy zostaną one zawieszone na ekspozycji.

Wszystkie te dzieła znamy, wszystkie oglądamy, ale ich wzajemne relacje obserwujemy dopiero drogą dedukcji i porównań materiału dokumentacyjnego, jaki przywozimy z kwerend po kraju. Tak więc nawet my możemy się wiele nauczyć i zrozumieć, kiedy w końcu jest szansa zobaczenia ich jeden obok drugiego. Wtedy możliwe są również korekty, odkrycia nowych związków oraz wytłumaczenia dla obserwacji poczynionych wcześniej. Dlatego staram się nie tracić tego cennego czasu.

Dodatkowo otworzyła się już wystawa krakowska przedstawiająca twórczość starszego z braci Gierymskich – Maksymiliana. To jedyna w swoim rodzaju okazja do zobaczenia tych dwóch indywidualności twórczych w tym samym czasie. Wystawa warszawska jest monograficzna, czyli opowiada o drodze twórczej tylko jednego malarza. Wystawa krakowska ma inny charakter. Możemy zobaczyć nie tylko dzieła Maksa, ale również twórców jemu współczesnych. Ich wzajemne fascynacje, podobieństwa i różnice w podejściu do tematów, nauczycieli oraz wpływ, jaki ci ostatni wywarli na swoich uczniów. Wystawy są bardzo różne i to poniekąd dobrze, bo nie kuszą, żeby je porównywać. Kontekst zbudowany wokół Maksymiliana można poniekąd odnieść do Aleksandra, co bowiem współczesne dla starszego z braci jest również aktualne dla młodszego. Wystawy stwarzają możliwość przyjrzenia się twórczości nie tylko obu Gierymskich, ale również bliższemu zapoznaniu się ze światem XIX wieku.

Zachęcam więc do wdrapania się na pierwsze piętro jednego i drugiego muzeum, aby zajrzeć chociaż przez dziurkę od klucza w czas miniony oraz zatrzymać się na chwilę przed talentem twórców otwierających drzwi do współczesności.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Pauza

Cisza pomiędzy dźwiękami. Dużo było dźwięków wokół mnie. Zebrania, spotkania, omawiania, ustalania. Kolejne stacje kolejowe, kolejne lotniska. Bieg do muzeów. Rozmowy. Oglądanie. Badanie. Trzaskanie drzwi pociągu, drzwi samochodu, rygli skrzyń. Szum silników samolotu i dźwięk uderzanych klawiszy komputera, spust migawki aparatu. Kakofonia dźwięków i wrażeń. I znów plaskanie palców na klawiaturze.
Kończymy katalog. Wystawa coraz bliżej, a pytania dotyczące pana Gierymskiego wciąż płyną wartkim szumiącym potokiem. Na dużą ich część udało się znaleźć odpowiedź, ale w ich miejsce natychmiast pojawiły się nowe. Tak trudno wyzbyć się przyzwyczajeń i patrzeć jedynie własnymi oczami, jeśli się przeczytało tyle mądrych tekstów. Tak trudno pokonać barierę – najczęściej widzisz to, co wiesz. Dużo trudniej jest zobaczyć to, czego do tej pory nie wiedziałeś. A jednak wciąż zdarzają się chwile ciszy i już wiesz, że czegoś nie wiesz. Trudno jest związać dźwięki – tego, co teraz z tym, co kiedyś. Znaleźć rytm i zrozumieć. Zsynchronizować czasy i brzmienia, żeby na wystawie przybliżyć przeszłość i pokazać, jaki miała wpływ na kształtowanie czasu teraźniejszego.

Nawet sama konstrukcja ekspozycji będzie miała znaczenie. Nie wystarczy jedynie powiesić dzieła na ładnie pomalowanych ścianach. Wspaniałe malarstwo pokaże się samo, ale obrazy kryją w sobie tak wiele tajemnic, że szkoda byłoby pominąć je milczeniem. Cały czas ja i koleżanki pracujące nad wystawą czujemy się zaskakiwane i zadziwiane. Może więc uda się nam pokazać choć część tego naszego zdziwienia. W pewnym sensie pokazać człowieka i jego dzieło na nowo. Zdałam sobie sprawę, że niczego o tym malarzu, ani o jego obrazach nie wiedziałam. To bardzo ciekawe doświadczenie. Wyobraźcie sobie tylko jedną z sytuacji, jaka mi się stosunkowo nie dawno przytrafiła. Niemal dziesiąty miesiąc pracy nad wystawą. Zdołałam obejrzeć 95% obrazów. Przeczytałam mnóstwo opisów, w tym technologicznych, czyli dotyczących budowy warstwy malarskiej. Sama mam doświadczenie z malarstwem i jestem od dobrych kilku lat konserwatorem.
Aż tu przychodzi taki dzień, kiedy to okazuje się, jak stereotypowo przyglądam się obrazom. Kompozycja, kolorystyka, rysunek, harmonia tych wszystkich stosunków, faktury… Pisząc esej, stwierdziłam, że muszę sobie coś przypomnieć i przyjrzeć się jednemu obrazowi jeszcze raz.

Staję więc przed nim i ku mojemu zaskoczeniu odkrywam, że mam problem. Nie potrafię odpowiedzieć na wydawałoby się najbardziej prozaiczne pytanie i to nie to, z którym przyszłam. Stanęłam przed zagadką – jak obraz, na który patrzę został namalowany?! No cóż, powstrzymam się przed opisem uczuć konsternacji i paniki, jakie mnie opanowały. Nie pomogło szkło powiększające, czy włączone lampy chirurgiczne. Zdumienie było tym większe, że konsylium kolegów, które się zebrało również nie znalazło pewnej odpowiedzi. Na obrazie bowiem można odnaleźć tylko kilka śladów pociągnięć pędzla, trudno jasno zinterpretować, przy użyciu jakich narzędzi malarskich obraz powstał. Wydaje się, że odpowiedź w końcu znalazłam, ale cały czas robię próby, żeby potwierdzić słuszność tej teorii, albo ją obalić. Sprowokowało mnie to, żeby jeszcze raz obejrzeć wszystkie dzieła, do których mam dostęp. I wiecie co? To nie był jedyny twardy orzech do zgryzienia. Stereotypy, utarte bezpieczne ścieżki myślenia i patrzenia zakładają nam na oczy czarne okulary. Ogłusza szum informacji zalewających nas jak wysoka fala. Trudno usłyszeć pojedynczy dźwięk i ciszę, która pozwala ten dźwięk zrozumieć.
Potrzebna nam pauza.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Ciocia z Ameryki, czyli krakowski LANBOZ

Nikogo nie trzeba przekonywać, że posiadanie cioci w Ameryce może sprawić dużo radości, bo przecież o korzyściach materialnych wspominać nie wypada. Nie jesteśmy przecież materialistami, prawda?
Tak, taka ciocia to istny skarb!

Dzisiaj u niemal wszystkich, do których zaglądam, pukam, stukam i czegoś chcę w kwestii Gierymskiego, napotykam podobne problemy. Brak pieniędzy, brak siły perswazji, brak chęci i brak myślenia perspektywicznego… Ale jak tu tworzyć perspektywy, jeżeli zewsząd słychać, że „się nie da”, bo to, bo tamto, bo owamto. Zawsze dobre argumenty… rozgrzeszające sumienia jednych i uciszające drugich. No to się nie da.

Ale jest takie miejsce, gdzie niby się nie da, ale jednak się da. I to jest super!
Cicho, systematycznie, konsekwentnie i z uporem nasi koledzy z Krakowa wybudowali LANBOZ (Laboratorium Analiz i Nieniszczących Badań Obiektów Zabytkowych). Dobrze, że im się udało i to w czasach, trwającego niemal permanentnie kryzysu. Zgromadzili i pracują na bardzo nowoczesnym sprzęcie badawczym i wciąż się rozwijają. Z entuzjazmem, zaangażowaniem, wkładając w to wiele pracy, kształtują nową jakość technik badawczych związanych z konserwacją dzieł sztuki. Na konferencji prasowej, której mogłam posłuchać, tymi osiągnięciami chwaliła się nawet sama Dyrekcja. No Koledzy – gratulacje!

Co ciekawe, u nich nigdy nie ma mowy o tym, że coś „się nie da”. Jeżeli jakiegoś sprzętu nie posiadają, to są gotowi do szukania i nawiązania współpracy z kimś, kto go ma – no i się daje. Zawiozłam kolegom dziesięć obrazów do badań, korzystając ze współpracy między naszymi muzeami, związanej zwłaszcza z organizacją wiosennych wystaw. Więcej nie mogłam, bo oni też mają swoje zadania i programy naukowe. A obie wystawy monograficzne Gierymskich, zarówno warszawska Aleksandra, jak i krakowska Maksymiliana, otwierają się niemal w tym samym czasie.

Możliwości badawcze, jeżeli chodzi o przestrzeń, pracowników i sprzęt mają jednak swoje ograniczenia. No i trochę daleko do tej Ameryki w Krakowie. Badania przecież kosztują, a poza tym wiążą się z nimi również niebagatelne koszty ukryte. To cała logistyka. Przygotowanie obiektów, materiały do pakowania, ochrona, transport, hotele dla całego zespołu ludzi. No, ale nie marudźmy. Jak już pokonamy te wszystkie wewnętrzne rafy pod tytułem „się nie da”, to pozostaje już tylko się cieszyć, że mamy gdzie pojechać z tym naszym cennym ładunkiem. A jak już dojedziemy i rozładujemy obiekty, to możemy liczyć na życzliwą atmosferę, czarną kawę o ósmej rano, a potem bardzo profesjonalne potraktowanie nas samych i naszych drogocennych pacjentów.

Dobrze jest mieć dobrą ciocię, nawet jeśli trzeba pojechać do Ameryki.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

„[…] i gna coraz prędzej”

Znów spotkała mnie KoleżAnka, kiedy dosyć już późną porą przeciągałam wraz z szefową i towarzyszącymi nam panami przez muzeum. Ciągnęliśmy za sobą „wagony”, czyli walizki, torby, statywy etc. Co też wzbudziło zainteresowanie, zmęczonej już po całym dniu pracy KoleżAnki.

– Skąd wracasz? – zapytała.
– Ze szpitala – odpowiedziałam.
– Jezus Maria, co się stało? Jesteś chora!?
– Nie, robiliśmy rentgeny – powiedziałam, goniąc za moimi towarzyszami podróży i zostawiając moją rozmówczynię ze znakami zapytania w oczach.

A było to tak…
Mój pęd do wiedzy o twórczości i życiu Gierymskiego nie przerodził się jeszcze w obsesję (czyżby…), ale niczym rozpędzony pociąg, gna coraz prędzej. Pokonanych przeze mnie kilometrów jest coraz więcej. Ledwie zdążyłam wrócić z laboratorium w Krakowie (o czym jeszcze opowiem), a już za chwilę byłam w drodze do Łodzi. Obrazy – inaczej niż ludzie – nie gustują w podróżach, ale czasem, gdy nie ma innego wyjścia, trzeba im zafundować przejażdżkę.

Niestety nasze muzeum nie posiada rentgena. Koledzy w Krakowie bardzo mi pomogli, wykonując dla mnie serię fotografii. Są jednak zajęci swoją pracą, więc zrobili, co mogli i na tym koniec. Musiałam zatem poszukać innych rozwiązań. Dzięki pomocy i uprzejmości naszej Dyrekcji i sponsora oraz dyrektora SZPITALA (sic!) udało się!

No więc zapakowałam się i pojechałam z moimi nietypowymi pacjentami do Szpitala Powiatowego w Brzezinach. Ale była jazda! Bardzo się nami tam zaopiekowano. Pacjent był cierpliwy i się nie ruszał, nie oddychał i nie zrzędził, ale mimo to sprawiał trudności. Ustawienie odpowiednich parametrów zajęło dłuższą chwilę, ale trafiło na mistrza – Pana Bogdana, który wykazując się cierpliwością, wyjątkową precyzją i profesjonalizmem, zrobił arcypiękne i dokładne fotografie przywiezionych przez nas obrazów.
Opuściliśmy Brzeziny bogatsi w dobre wspomnienia o wspaniałych, oddanych swojej pracy ludziach – pasjonatach i miłośnikach sztuki. Ja mam kolejne jedenaście obrazów, o których dowiedziałam się czegoś nowego, a zebrana dokumentacja zasili muzealną bazę danych. Hura!

I tak krok po kroku, kilometr po kilometrze, niczym w pędzącym pociągu, z wiatrem we włosach i obłędem w oczach… trwa budowanie wystawy.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Zdyszany rytm dnia…

Koleż-Anka złapała mnie na korytarzu i zapytała: „Kiedy napiszesz, co robisz? Ciągle gdzieś biegasz… Usiądź i napisz!”.

No więc piszę.

W gorączce codzienności staram się zapanować nad czasem, jaki pozostał do przygotowania wystawy Aleksandra Gierymskiego. Wydeptuję drogi i dróżki między muzeami, domami aukcyjnymi, kolekcjonerami i tymi, którzy posiadają jakiś ułamek z twórczości mistrza. Żeby poznać to malarstwo – chociażby powierzchownie – trzeba je zobaczyć, dotknąć, zrozumieć, na co się patrzy. Do takiego spotkania należy się dobrze przygotować. Gierymski zaskoczył mnie już podczas pracy nad konserwacją Pomarańczarki, ale teraz to uczucie nie opuszcza mnie ani na chwilę. Bardzo bym chciała wydobyć na światło postać tego artysty. Pokazać jego zamyśloną twarz i zapracowane, ubrudzone farbą dłonie. Przemierzam wraz z koleżankami kraj. Współpracuję z laboratorium Muzeum Narodowego w Krakowie. Poznaję i pracuję z kolegami konserwatorami od Gdańska przez Łódź aż po Katowice. Śmigają między nami pisma, maile, dzwonią telefony. Przeglądamy sterty dokumentów, dziesiątki fotografii.

A pomiędzy tym wszystkim stoję w kolejkach po bilety, spędzam godziny w pociągach, z komputerem na kolanach, chodzę niedospana, bo w hotelach często nie mogę zasnąć. Potem jest oglądanie obrazów i pojawiająca się rosnąca liczba pytań, na które trudno znaleźć odpowiedź. Codzienność…

Ten autor łamie stereotypy, do jakich przywykliśmy, myśląc o dziewiętnastowiecznych malarzach. Gierymski jest niekonwencjonalny pod każdym względem. Zmusza nas do myślenia, do pracy z otwartym umysłem, dopuszczającym wszystkie możliwości (i niemożliwości). Trzeba w sobie pokonać barierę stereotypowego myślenia o malarstwie, technice, konserwacji i historii. I poniekąd to jest właśnie najtrudniejsze zadanie, żeby świeżym okiem zobaczyć coś, na co się patrzy codziennie.

A muzeum…? Muzeum żyje własnym szybkim tętnem dnia. Przed chwilą przejmowaliśmy opiekę nad dziełami Rothki, a już szykują się kolejne wystawy, które będą pokazywane zarówno w Gmachu Głównym, jak i w kraju, a także w ośrodkach zagranicznych.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Niczym słoń w składzie porcelany

Trochę dawno nie pisałam… Co poniekąd oznacza, że dużo biegałam. W pracowni przestojów nie ma. Ciągle coś się dzieje (z tzw. bieżących spraw do natychmiastowego załatwienia). A przecież wszyscy wiemy, że konserwacja wymaga czasu i skupienia. No to skupiamy się szybko i biegamy też szybko, tak żeby na nasze działanie na konserwowanym obiekcie pozostało nam wystarczająco dużo czasu.

Ostatnio trafił do naszej pracowni przysłowiowy słoń. Przybrał postać obrazu pod tytułem Przysięga królowej Jadwigi Józefa Simmlera. Przy okazji poprzednich wpisów i załączonych fotografii mogliście się zorientować, że pomieszczenie, w którym pracujemy do największych nie należy, a większą jego część zajmują całkiem spore stoły – w tym dublażowy.

Nasze słoniątko mierzy sobie 289,5 × 214,5 cm bez rozwiniętych krajek. A trzeba go było zdjąć z krosna, co automatycznie powiększyło jego wymiar o ok. 20 cm (zarówno jeśli chodzi o długość, jak i o szerokość). Możecie więc sobie wyobrazić że podnoszenie, kładzenie czy obracanie takiej powierzchni jest bardzo kłopotliwe. Sufit okazuje się być za niski, a i przejścia między meblami, które nam normalnie wystarczają, stają się w takiej sytuacji ekstremalnie wąskie. A nasz słoń okazuje się być podczas wykonywania tych powietrznych ewolucji zwyczajnie ciężki. Dodatkowo pozbawiony krosna staje się dużym bezwładnym, ale wciąż delikatnym i bezbronnym płótnem.

Bitwa pod Grunwaldem była tak duża, że trzeba było zamknąć salę galeryjną i tam urządzić tymczasową pracownię. Jednak obrazy tej wielkości co Jadwiga są w zbiorach muzealnych dość powszechne i jeśli zachodzi taka potrzeba, trzeba się nimi porządnie zająć. Trudno jednak za każdym razem wyłączać salę galeryjną i urządzać tam pracownię. Mamy więc taką zasadę, że wszystko, co udaje nam się wciągnąć przez ucho igielne, czyli drzwi, jest robione w pracowni. Zrobiłam dla Was kilka fotografii, żeby pokazać naszego słonia, który poddał się cierpliwie naszym usilnym, ale nie bezsilnym (sic!) zabiegom.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Problemy ze współczesnością

Zainteresowani wiedzą (a niezainteresowani się dowiedzą), że 18 stycznia br. nastąpiło otwarcie „Galerii Współczesnej”, czyli Galerii Sztuki XX i XXI Wieku.

W ramach przygotowań do otwarcia ekspozycji nasza pracownia przeprowadziła szereg konserwacji oraz przygotowała wiele ram i opraw do prezentowanych dzieł. Jedną z ciekawszych realizacji było „Epitafium I” Józefa Szajny. Jest to relief uformowany w utwardzonym gipsem płótnie i osadzony na płóciennym podobraziu.
 

Relief przedstawia tors martwej kobiety i jest wspomnieniem pobytu autora w obozie koncentracyjnym. Sprawiał nam kłopoty, od kiedy trafił do muzeum. Technika wykonania okazała się niestabilna i nietrwała, a waga dość znaczna. Na początku lat 90. zapadł się brzuch, a gips z części przestrzennej popękał i zagrażał osypaniem.

Problem z jego konserwacją nie sprowadzał się do rozwiązania problemów czysto technologicznych, jak to ma miejsce w przypadku obiektów niestandardowych, gdzie teoria konserwacji nijak nie przystaje do teorii sztuki.

Ale zacznę od początku.

W połowie lat 90. Szajna przygotowując się do wystawy retrospektywnej w Teatrze „Studio”, wystąpił do MNW o wypożyczenie prac będących w naszych zasobach. Z powodu złego stanu otrzymał odmowę wypożyczenia „Epitafium I”. Nie zraził się tym jednak i po kilku dniach pojawił się w muzeum. Poinformowany o postępującej destrukcji dzieła bynajmniej się nie zmartwił, a wręcz przeciwnie, ucieszył się. Opowiedział mi, jak zaprojektował technikę wykonania, tak by obiekt starzał się razem z nim, a najlepiej razem z nim umarł. Mruknąłem coś o wpisie do inwentarza i o sprawach własnościowych, oraz o tym, że ja, konserwator nigdy nie pogodzę się z degradacją obiektu znajdującego się w muzealnym inwentarzu.

Dziś, kiedy autor już nie żyje, zobowiązani do uszanowania jego woli, określiliśmy formułę ograniczonej konserwacji zabezpieczającej. Po jej zrealizowaniu obiekt nadal „żyje”, czyli reaguje na warunki zewnętrzne i nie jest w pełni stabilny. Poddany konserwacji standardowej straciłby urok delikatnej i kruchej równowagi, a widz utraciłby poczucie nieubłaganie upływającego czasu, które zostało wpisane w to dzieło sztuki.

Piotr Lisowski
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

 

O retuszach raz jeszcze

Kochani!

To może teraz pogadamy o retuszu…

Skończyły się jedne prace, a zaczęły kolejne… Czasem się śmieję, że Muzeum jest jak „fabryka snów”… Pięknych i kolorowych, które z jednej strony dają do myślenia, a z drugiej dostarczają wzruszeń oraz przeżyć estetycznych.

Jak już wspominałam, najlepiej jeśli konserwator wykona swoją pracę w taki sposób, żeby ani nie „uładnić”, ani nie popsuć koncepcji autora. Moje ostatnie spotkania z publicznością w przestrzeni galerii skłoniły mnie do ponownej refleksji na temat retuszy. To ważne i wbrew pozorom dosyć skomplikowane zagadnienie. Pytacie o wiele rzeczy… Kwestię przemalowań mamy poniekąd omówioną. To może tym razem skupmy się na tym, skąd bierzemy takie same farby, jakich używali autorzy obrazów? Przecież dzisiaj trudno o takie pigmenty!

No właśnie… Teraz jest bardzo dużo pigmentów syntetycznych, ale gdybyśmy się uparli, to udałoby się nam kupić podobne do ówcześnie używanych naturalne związki. Tylko że my ich nie potrzebujemy. Koloru bowiem nie dobiera się do retuszu ubytków poprzez dobranie takiego samego pigmentu. Farby robione fabrycznie od XIX wieku to mieszaniny pigmentów. Podobnie wyglądający kolor u różnych producentów mógł zostać uzyskany ze zmieszania zupełnie innych składników barwnych. Gdybyśmy bardzo chcieli dobrać taką samą farbę, byłoby to niezwykle trudne. Ale zupełnie nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby farby były różne od oryginalnych, a nie podobne.

Jak pamiętacie to, co konserwatorzy „dokładają” do obrazów w trakcie konserwacji powinno być stosunkowo łatwe do usunięcia – oczywiście bez uszczerbku dla oryginału. Stanowczo łatwiej usuwa się materiały różne pod względem budowy chemicznej niż te, które są do siebie podobne, bowiem rozpuszczalniki działają wtedy zarówno na retusz, jak i na oryginalną warstwę malarską.

Retusze wykonujemy farbami specjalnie do tego celu sporządzonymi. Kolor dobieramy i mieszamy tak, żeby był jak najbardziej zbliżony do kolorystyki miejsca, w którym dany ubytek się znajduje.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

 

Sezon na pomarańcze

Kochani!

Moja praca dobiegła końca. Pomarańczarka wraca na należne jej miejsce w Galerii Sztuki XIX Wieku, by tam przywoływać nastrój dawnej Warszawy i roztaczać zapach zwilżonych jesienną mgłą pomarańczy. Ja też wracam. Z dalekiej podróży w czasie, jaką obie odbyłyśmy. Żmudna i trudna to była praca, ale mam nadzieję, że pan Gierymski, by się nie pogniewał i nie obraził na jej efekt.

Długo nie pisałam o tym, co robię, ale przecież trudno ciągle pisać – w końcu jestem konserwatorem. Retuszuję, retuszuję i jeszcze raz retuszuję… Tak jak już powiedziałam, goniłam za ostatnimi promieniami jesiennego słońca. Przypalałam sobie kark, siedząc przy oknie w gabinecie szefowej, ale udało się. Ta naturalna lampa oświetliła mi tak dobrze warstwę malarską, że mogłam nabudować retusze, niemal odtwarzając warstwowość oryginału. Nie jest bowiem tak, że wystarczy spojrzeć na obraz z lotu ptaka – dostosować do niego retusz… i gotowe. W tym wypadku należało przeanalizować to, co autor namalował na „spodzie”, potem kolejno wszystkie następne warstwy, a następnie spróbować to powtórzyć. Wszelkie próby pójścia na skróty powodowały, że musiałam powtarzać retusz. „Babcia” do końca robiła za nauczycielkę, która swojego niesfornego ucznia strofowała, uderzając przysłowiową linijką po palcach…

Pracę kończyłam w pracowni przy świetle lampy do retuszu. Obraz dostał nową, ale starą ramę. Pamiętacie? Przywiozłam go bez ramy. Znaleźliśmy podobną w stylu do oryginalnej (znanej z fotografii archiwalnej) w magazynie. Koleżanka zrobiła jej konserwację. Teraz mamy już komplet. Jak wygląda – zobaczycie i ocenicie sami.

Dla mnie była to pasjonująca przygoda i podróż w nieznane. Poniekąd każda rozległa konserwacja jest taką podróżą. Jak każda nowa droga uczy nas czegoś o nas samych, o otaczającym nas świecie i ludziach. Różne rzeczy się nam po drodze przytrafiają. Niektóre śmieszne, niektóre smutne. Wracamy ci sami, ale nie tacy sami. Podobnie jest ze mną. Teraz już czas pożegnać się z tym obrazem mieszkającym ze mną w pracowni ponad rok i oddać go Waszym oczom. Mam nadzieję, że patrzenie na niego sprawi Wam równie dużo przyjemności, co mnie. W ten przedświąteczny czas nie zapomnijcie wpaść w odwiedziny do Babci, która na pewno poczęstuje Was świeżymi pomarańczami i może coś Wam opowie, czego jeszcze nie opowiedziała mnie…

A ja wyruszam w dalszą konserwatorską drogę. Będę podążać za panem Aleksandrem i jego obrazami podróży po Europie, żeby w maju 2014 roku spotkać je wszystkie w Warszawie na wystawie monograficznej.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

 

Werniks? Werniks! Och ten werniks…

Kochani!

Ostatnio było o przemalowaniu, ale podczas Pikniku Grunwaldzkiego padło stwierdzenie, do którego chcę powrócić.

­– Obraz jest teraz bardziej kolorowy…!

Spróbujmy się zastanowić nad tym, dlaczego jest on bardziej kolorowy niż był przed konserwacją. Pytanie to dotyczy nie tylko Grunwaldu, ale i wielu innych obrazów, które przechodzą przez ręce konserwatorów. Tym razem również przygotowałam kilka fotografii, które lepiej wszystko zilustrują. Zacznijmy od tego, że większość obrazów ­– szczególnie tych starszych – pokrytych jest werniksem. Werniksy są roztworami substancji organicznych (jak np. damara czy mastyks) w rozpuszczalnikach organicznych z dodatkami olejów schnących. Mogą być wieloskładnikowe oparte na żywicach naturalnych, jak i sztucznych (co obecnie przeważa w handlu). Są przezroczyste. Najlepiej jak są bezbarwne. To moje wyjaśnienie oczywiście jest bardzo ogólne i ma na celu jedynie zasygnalizowanie, co też na powierzchni obrazu tak odbija światło, że czasem trudno przyjrzeć się samemu dziełu. Jeżeli zresztą tak się dzieje, to oznacza, że obraz został albo nieumiejętnie podświetlony, albo nie za dobrze dobrano werniks. Werniks nie jest bowiem po to, żeby zakłócać odbiór kompozycji. Wręcz przeciwnie. Jego warstwa działa trochę jak soczewka – poprzez wydobycie niuansów barwnych. Kolory zyskują głębsze nasycenie i dają wrażenie przestrzenności. Chociaż artyści nie zawsze sobie tego życzą. Należy wówczas zabezpieczyć obraz w taki sposób, żeby nie naruszyć zamysłu malarza. Można powiedzieć, że poza tym werniks jest jak tarcza. Broni i chroni warstwę malarską. Jak wiemy wszystko w przyrodzie się starzeje, farby również. Nie tylko twardnieją czy pękają, ale również blakną, czyli tracą swoje pierwotne nasycenie i ton. Ponieważ dzieje się tak z całą kompozycją, to nie postrzegamy zmian, bo wszystko wydaje się „na miejscu”. Obraz, który świeżo „zszedł” ze sztalugi, już rok później wygląda troszeczkę inaczej, a im dalej w las, tym zmiany większe. Dlaczego? Musimy pamiętać o kurzu, który na nim osiada, świetle, które zawartym w sobie ultrafioletem sprawia, że barwy „płowieją”, a też papierosy, które palimy w jego otoczeniu zostawiają na farbie brązową smółkę. Tak się dzieje, gdy werniksu nie ma. Sytuacja jest podobna, gdy werniks jest, ale wtedy to on bierze na siebie całą brudną robotę. Farba ulega zmianom – bo musi, ale dzieje się to dużo, dużo wolniej. Szybciej natomiast zmienia się werniks. To on żółknie, czasem staje się mniej przejrzysty, gdy w otoczeniu obrazu jest wilgotno, „zbiera” na sobie kurz i wszelkie zanieczyszczenia powietrza. W efekcie końcowym, któregoś pięknego dnia odkrywamy, że obraz, który w naszej pamięci i opowiadaniach był kolorowy, już taki nie jest. Zgłaszamy się wtedy do konserwatora, bo mamy „popsuty” obraz. Pamiętajcie, że obrazy nabawiają się w czasie swojego czasem długiego życia różnego typu nawarstwień, reperacji, szerokich retuszy czy wręcz przemalowań; to wszystko w połączeniu z brudnym, zmienionym kolorystycznie, werniksem może pozbawić nas przyjemności oglądania obrazów takimi, jakimi stworzyli je malarze. Nie jest to jednak katastrofa, ponieważ można te wszystkie naleciałości i brudy umiejętnie usunąć. A efekt…? Życzę wszystkim, żeby obrazy po konserwacji zawsze cieszyły nasze oczy soczystością barw, podobnie jak Grunwald.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie