Biegiem do mety…

Kochani!
Czy ostatnio było coś o górach? To jeszcze będzie…

Jeśli chodzicie po górach, to wiecie, że nie wystarczy wdrapać się na jakikolwiek szczyt czy wzniesienie. Trzeba z nich jeszcze zejść. I czasem jest tak, że zarówno wejście, jak i zejście są bardzo trudne. „Trudność” góry nie musi więc być związana z jej wysokością, a ze specyfiką ukształtowania terenu, który wyrósł nam przed oczami i stopami. Rok, podczas którego ślęczę nad Pomarańczarką pozostanie w mojej pamięci rokiem pod znakiem góry…

Mirosław Falco Dąsal napisał książkę Każdemu jego Everest. Coś w tym jest… Moja góra miała nawet dwa wierzchołki, bo nie zapominajcie o naszej pracy przy Bitwie pod Grunwaldem.
Kiedy przypadł szczyt Pomarańczarki? Myślę, że w chwili, kiedy udało się ją scalić strukturalnie, a ja po raz pierwszy mogłam unieść obraz bez zabezpieczeń, choć nie bez obaw. Była to krótka chwila, w której zyskałam nową porcję nadziei, że już będzie z górki. No cóż, ale jak już wiemy schodzenie wcale nie jest łatwiejsze od wdrapywania się. Jest po prostu inne. Obciążenia są niejednokrotnie równie duże, a i o nogach nie można powiedzieć, że bolą mniej. Wyprawę można jednak uznać za sukces, kiedy człowiek cały, zdrowy, szczęśliwy, choć zmęczony dochodzi na kolację. Ja jeszcze na swoją kolację muszę chwilę iść.

Na razie skończyłam zakładać kity. W tym tygodniu zawerniksowałam obraz i zaczęłam retuszować ubytki.

Kity, jak już niejednokrotnie wspominałam, to istotny i wielokrotnie niedoceniany „drobiazg” w karcie dań, czyli puli zabiegów konserwatorskich. Źle czy niedbale założone kity nie raz drażnią oglądających swoją niedopasowaną do charakteru obrazu powierzchnią. Opracowanie powierzchni kitów na Pomarańczarce zajęło mi pięć tygodni. Bardzo się starałam, żeby wtopiły się w otoczenie. Efekty ocenicie sami. Położenie werniksu to dla mnie zawsze piękny, choć niełatwy moment. Zmienia się radykalnie optyka obrazu. Nabiera on głębi koloru, powietrza, staje się przestrzenny. Nazywam tę chwilę budzeniem motyla. To bardzo przyjemne. A teraz już retusz – oczywiście, tylko w miejscach ubytków farby. Wybrałam retusz naśladowczy. Wszyscy wiemy, że obraz dużo przeszedł. Nie chciałam dodatkowo podkreślać miejsc z „problemami”, tylko scalić kompozycję, tak, by efekty mojej pracy „wtopiły się” w oryginalną warstwę malarską. By widz, oglądając obraz mógł skupić się wyłącznie na kunszcie i zamyśle autora. Nie chciałam wprowadzać dodatkowego rozwibrowania czy rozbicia formy malarskiej retuszem graficznym. Trudność tego etapu polega na tym, że kolorystyka obrazu jest nasycona, ciemne partie mają głęboki, czysty i soczysty koloryt. Farby retuszerskie natomiast wyglądają w takich miejscach płasko i martwo. Nad ciemnymi partiami będę pracowała w świetle słonecznym, bo nie ma jaśniejszej „lampy”, która przebije się przez te niuanse. Spieszę się troszeczkę, bo tak jak kończą się wakacje, tak i lato się kończy, więc słońca będzie coraz mniej.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *