Koniec pewnej bajki

Kochani!

Zastanawiam się, jak się ta bajka zaczynała… Czy była to bajka o smoku ziejącym ogniem? Chyba jednak nie, pomimo źle wróżącego początku… Może była to bitwa…? A może samo życie?

A może trzeba zacytować Lukrecjusza, który w swoim dziele O naturze rzeczy pisał:

          Trwa materia, by mogły z niej powstać z nowym wiekiem
          Nowe pokolenia, by rosły i twoim śladem
          Idąc, ten sam znalazły rozkwit i upadek.

Udało nam się! Przedłużyliśmy trwanie materii, a wraz z nią, pamiątkę historii zapisanej pędzlem. Zakończyły się dwa lata ciężkiej, mozolnej i wyczerpującej pracy, żeby „przekazać pałeczkę” naszym następcom. Zabrzmiało bardzo pompatycznie, co nie?
Ale te dwa lata poza pracą, twórczymi awanturkami i robieniem niejednokrotnie za samobieżne dźwigi, suwnice i prasy… były również usiane kaskadami śmiechu. Całkiem nieźle nam szła nauka śmiania się z samych siebie. Biegając w swoich białych kombinezonach – fajnych w zimę, bo cieplej, w lecie robiących za szczelne dresy do odchudzania. Ile to było śmiechu, gdy nasze galowe ubranka, zawsze trochę przyduże, a to pękały przy nachylaniu się, a to obwisały tak, że siedzenie Pań wypadało niemal w zgięciu kolan. Zaplamione różnymi substancjami szybko traciły swą nieskalaną biel, wypychając się i deformując w najbardziej używanych miejscach. Koleżanki – kobiety dbałe o wygląd – spinały i przewiązywały te ubranka typowo damskimi dodatkami jak spinki czy paseczki w panterkę. Mogliście zobaczyć taką elegancką drużynę kosmonautów paradującą przez muzeum. Śmialiśmy się, kiedy cały zespół po raz pierwszy ubrał się od stóp do głów i założył półmaski z filtrami. Wtedy przypominaliśmy już kosmiczne owady. Śmialiśmy się, wspinając się na rusztowania i biegając po sali na bosaka, bo było nam za gorąco. Pokrzykiwaliśmy na siebie, żeby za chwilę niemal tarzać się ze śmiechu, kiedy ktoś nam zniknął pod nasuwanym właśnie na obraz płótnem dublażowym, a to, co mogliśmy zobaczyć wyglądało jak księżyc w pełni, spod którego wystają lekko przykurzone gołe stopy. Retusz miejsc intymnych konia również wywołał zarówno ożywioną dyskusję, jak i był przyczynkiem do niezliczonych żartów… A historia ze zgubionym na Grunwaldzie sercem…?! Przy okazji zgrzewania włókniny koleżanka po skończonej pracy zorientowała się, że ma dziurę w kombinezonie i że zgubiła srebrne serduszko z wisiorka. Cały zespół rzucił się na kolana w poszukiwaniu zguby i rozpełzł się po sali. Wtopiliśmy nasze serca w obraz, ale żeby tak jeszcze w straty materialne iść…? Tam i tak dużo metalu w zbrojach i mieczach, a obecność takiego drobiazgu wgrzanego w obraz nikogo by nie ucieszyła. Kiedy serce zostało odnalezione, wszyscy poczuli ulgę, a sytuację skwitowali gromkim śmiechem.

I tak kończy się ta bajka…

I można by powiedzieć – „ i ja tam byłam, miód i wino piłam…”

Wina i miodu nie było, ale kamyczek do ogrodu pamięci wpadł i zostanie z nami na zawsze.

Dziękujemy, że byliście z nami przez te dwa lata. Dzieliliście z nami troski i cieszyliście się naszymi sukcesami.

 

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *