Problemy ze współczesnością

Zainteresowani wiedzą (a niezainteresowani się dowiedzą), że 18 stycznia br. nastąpiło otwarcie „Galerii Współczesnej”, czyli Galerii Sztuki XX i XXI Wieku.

W ramach przygotowań do otwarcia ekspozycji nasza pracownia przeprowadziła szereg konserwacji oraz przygotowała wiele ram i opraw do prezentowanych dzieł. Jedną z ciekawszych realizacji było „Epitafium I” Józefa Szajny. Jest to relief uformowany w utwardzonym gipsem płótnie i osadzony na płóciennym podobraziu.
 

Relief przedstawia tors martwej kobiety i jest wspomnieniem pobytu autora w obozie koncentracyjnym. Sprawiał nam kłopoty, od kiedy trafił do muzeum. Technika wykonania okazała się niestabilna i nietrwała, a waga dość znaczna. Na początku lat 90. zapadł się brzuch, a gips z części przestrzennej popękał i zagrażał osypaniem.

Problem z jego konserwacją nie sprowadzał się do rozwiązania problemów czysto technologicznych, jak to ma miejsce w przypadku obiektów niestandardowych, gdzie teoria konserwacji nijak nie przystaje do teorii sztuki.

Ale zacznę od początku.

W połowie lat 90. Szajna przygotowując się do wystawy retrospektywnej w Teatrze „Studio”, wystąpił do MNW o wypożyczenie prac będących w naszych zasobach. Z powodu złego stanu otrzymał odmowę wypożyczenia „Epitafium I”. Nie zraził się tym jednak i po kilku dniach pojawił się w muzeum. Poinformowany o postępującej destrukcji dzieła bynajmniej się nie zmartwił, a wręcz przeciwnie, ucieszył się. Opowiedział mi, jak zaprojektował technikę wykonania, tak by obiekt starzał się razem z nim, a najlepiej razem z nim umarł. Mruknąłem coś o wpisie do inwentarza i o sprawach własnościowych, oraz o tym, że ja, konserwator nigdy nie pogodzę się z degradacją obiektu znajdującego się w muzealnym inwentarzu.

Dziś, kiedy autor już nie żyje, zobowiązani do uszanowania jego woli, określiliśmy formułę ograniczonej konserwacji zabezpieczającej. Po jej zrealizowaniu obiekt nadal „żyje”, czyli reaguje na warunki zewnętrzne i nie jest w pełni stabilny. Poddany konserwacji standardowej straciłby urok delikatnej i kruchej równowagi, a widz utraciłby poczucie nieubłaganie upływającego czasu, które zostało wpisane w to dzieło sztuki.

Piotr Lisowski
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

 

O retuszach raz jeszcze

Kochani!

To może teraz pogadamy o retuszu…

Skończyły się jedne prace, a zaczęły kolejne… Czasem się śmieję, że Muzeum jest jak „fabryka snów”… Pięknych i kolorowych, które z jednej strony dają do myślenia, a z drugiej dostarczają wzruszeń oraz przeżyć estetycznych.

Jak już wspominałam, najlepiej jeśli konserwator wykona swoją pracę w taki sposób, żeby ani nie „uładnić”, ani nie popsuć koncepcji autora. Moje ostatnie spotkania z publicznością w przestrzeni galerii skłoniły mnie do ponownej refleksji na temat retuszy. To ważne i wbrew pozorom dosyć skomplikowane zagadnienie. Pytacie o wiele rzeczy… Kwestię przemalowań mamy poniekąd omówioną. To może tym razem skupmy się na tym, skąd bierzemy takie same farby, jakich używali autorzy obrazów? Przecież dzisiaj trudno o takie pigmenty!

No właśnie… Teraz jest bardzo dużo pigmentów syntetycznych, ale gdybyśmy się uparli, to udałoby się nam kupić podobne do ówcześnie używanych naturalne związki. Tylko że my ich nie potrzebujemy. Koloru bowiem nie dobiera się do retuszu ubytków poprzez dobranie takiego samego pigmentu. Farby robione fabrycznie od XIX wieku to mieszaniny pigmentów. Podobnie wyglądający kolor u różnych producentów mógł zostać uzyskany ze zmieszania zupełnie innych składników barwnych. Gdybyśmy bardzo chcieli dobrać taką samą farbę, byłoby to niezwykle trudne. Ale zupełnie nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby farby były różne od oryginalnych, a nie podobne.

Jak pamiętacie to, co konserwatorzy „dokładają” do obrazów w trakcie konserwacji powinno być stosunkowo łatwe do usunięcia – oczywiście bez uszczerbku dla oryginału. Stanowczo łatwiej usuwa się materiały różne pod względem budowy chemicznej niż te, które są do siebie podobne, bowiem rozpuszczalniki działają wtedy zarówno na retusz, jak i na oryginalną warstwę malarską.

Retusze wykonujemy farbami specjalnie do tego celu sporządzonymi. Kolor dobieramy i mieszamy tak, żeby był jak najbardziej zbliżony do kolorystyki miejsca, w którym dany ubytek się znajduje.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

 

Sezon na pomarańcze

Kochani!

Moja praca dobiegła końca. Pomarańczarka wraca na należne jej miejsce w Galerii Sztuki XIX Wieku, by tam przywoływać nastrój dawnej Warszawy i roztaczać zapach zwilżonych jesienną mgłą pomarańczy. Ja też wracam. Z dalekiej podróży w czasie, jaką obie odbyłyśmy. Żmudna i trudna to była praca, ale mam nadzieję, że pan Gierymski, by się nie pogniewał i nie obraził na jej efekt.

Długo nie pisałam o tym, co robię, ale przecież trudno ciągle pisać – w końcu jestem konserwatorem. Retuszuję, retuszuję i jeszcze raz retuszuję… Tak jak już powiedziałam, goniłam za ostatnimi promieniami jesiennego słońca. Przypalałam sobie kark, siedząc przy oknie w gabinecie szefowej, ale udało się. Ta naturalna lampa oświetliła mi tak dobrze warstwę malarską, że mogłam nabudować retusze, niemal odtwarzając warstwowość oryginału. Nie jest bowiem tak, że wystarczy spojrzeć na obraz z lotu ptaka – dostosować do niego retusz… i gotowe. W tym wypadku należało przeanalizować to, co autor namalował na „spodzie”, potem kolejno wszystkie następne warstwy, a następnie spróbować to powtórzyć. Wszelkie próby pójścia na skróty powodowały, że musiałam powtarzać retusz. „Babcia” do końca robiła za nauczycielkę, która swojego niesfornego ucznia strofowała, uderzając przysłowiową linijką po palcach…

Pracę kończyłam w pracowni przy świetle lampy do retuszu. Obraz dostał nową, ale starą ramę. Pamiętacie? Przywiozłam go bez ramy. Znaleźliśmy podobną w stylu do oryginalnej (znanej z fotografii archiwalnej) w magazynie. Koleżanka zrobiła jej konserwację. Teraz mamy już komplet. Jak wygląda – zobaczycie i ocenicie sami.

Dla mnie była to pasjonująca przygoda i podróż w nieznane. Poniekąd każda rozległa konserwacja jest taką podróżą. Jak każda nowa droga uczy nas czegoś o nas samych, o otaczającym nas świecie i ludziach. Różne rzeczy się nam po drodze przytrafiają. Niektóre śmieszne, niektóre smutne. Wracamy ci sami, ale nie tacy sami. Podobnie jest ze mną. Teraz już czas pożegnać się z tym obrazem mieszkającym ze mną w pracowni ponad rok i oddać go Waszym oczom. Mam nadzieję, że patrzenie na niego sprawi Wam równie dużo przyjemności, co mnie. W ten przedświąteczny czas nie zapomnijcie wpaść w odwiedziny do Babci, która na pewno poczęstuje Was świeżymi pomarańczami i może coś Wam opowie, czego jeszcze nie opowiedziała mnie…

A ja wyruszam w dalszą konserwatorską drogę. Będę podążać za panem Aleksandrem i jego obrazami podróży po Europie, żeby w maju 2014 roku spotkać je wszystkie w Warszawie na wystawie monograficznej.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

 

Werniks? Werniks! Och ten werniks…

Kochani!

Ostatnio było o przemalowaniu, ale podczas Pikniku Grunwaldzkiego padło stwierdzenie, do którego chcę powrócić.

­– Obraz jest teraz bardziej kolorowy…!

Spróbujmy się zastanowić nad tym, dlaczego jest on bardziej kolorowy niż był przed konserwacją. Pytanie to dotyczy nie tylko Grunwaldu, ale i wielu innych obrazów, które przechodzą przez ręce konserwatorów. Tym razem również przygotowałam kilka fotografii, które lepiej wszystko zilustrują. Zacznijmy od tego, że większość obrazów ­– szczególnie tych starszych – pokrytych jest werniksem. Werniksy są roztworami substancji organicznych (jak np. damara czy mastyks) w rozpuszczalnikach organicznych z dodatkami olejów schnących. Mogą być wieloskładnikowe oparte na żywicach naturalnych, jak i sztucznych (co obecnie przeważa w handlu). Są przezroczyste. Najlepiej jak są bezbarwne. To moje wyjaśnienie oczywiście jest bardzo ogólne i ma na celu jedynie zasygnalizowanie, co też na powierzchni obrazu tak odbija światło, że czasem trudno przyjrzeć się samemu dziełu. Jeżeli zresztą tak się dzieje, to oznacza, że obraz został albo nieumiejętnie podświetlony, albo nie za dobrze dobrano werniks. Werniks nie jest bowiem po to, żeby zakłócać odbiór kompozycji. Wręcz przeciwnie. Jego warstwa działa trochę jak soczewka – poprzez wydobycie niuansów barwnych. Kolory zyskują głębsze nasycenie i dają wrażenie przestrzenności. Chociaż artyści nie zawsze sobie tego życzą. Należy wówczas zabezpieczyć obraz w taki sposób, żeby nie naruszyć zamysłu malarza. Można powiedzieć, że poza tym werniks jest jak tarcza. Broni i chroni warstwę malarską. Jak wiemy wszystko w przyrodzie się starzeje, farby również. Nie tylko twardnieją czy pękają, ale również blakną, czyli tracą swoje pierwotne nasycenie i ton. Ponieważ dzieje się tak z całą kompozycją, to nie postrzegamy zmian, bo wszystko wydaje się „na miejscu”. Obraz, który świeżo „zszedł” ze sztalugi, już rok później wygląda troszeczkę inaczej, a im dalej w las, tym zmiany większe. Dlaczego? Musimy pamiętać o kurzu, który na nim osiada, świetle, które zawartym w sobie ultrafioletem sprawia, że barwy „płowieją”, a też papierosy, które palimy w jego otoczeniu zostawiają na farbie brązową smółkę. Tak się dzieje, gdy werniksu nie ma. Sytuacja jest podobna, gdy werniks jest, ale wtedy to on bierze na siebie całą brudną robotę. Farba ulega zmianom – bo musi, ale dzieje się to dużo, dużo wolniej. Szybciej natomiast zmienia się werniks. To on żółknie, czasem staje się mniej przejrzysty, gdy w otoczeniu obrazu jest wilgotno, „zbiera” na sobie kurz i wszelkie zanieczyszczenia powietrza. W efekcie końcowym, któregoś pięknego dnia odkrywamy, że obraz, który w naszej pamięci i opowiadaniach był kolorowy, już taki nie jest. Zgłaszamy się wtedy do konserwatora, bo mamy „popsuty” obraz. Pamiętajcie, że obrazy nabawiają się w czasie swojego czasem długiego życia różnego typu nawarstwień, reperacji, szerokich retuszy czy wręcz przemalowań; to wszystko w połączeniu z brudnym, zmienionym kolorystycznie, werniksem może pozbawić nas przyjemności oglądania obrazów takimi, jakimi stworzyli je malarze. Nie jest to jednak katastrofa, ponieważ można te wszystkie naleciałości i brudy umiejętnie usunąć. A efekt…? Życzę wszystkim, żeby obrazy po konserwacji zawsze cieszyły nasze oczy soczystością barw, podobnie jak Grunwald.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Przemalowanie

Kochani!

Piknik Grunwaldzki dał mi kilka tematów do przemyśleń. Fajnie, że do nas przyszliście i nie obawialiście się łapać konserwatora za mankiet, żeby coś opowiedział, wyjaśnił czy pokazał. To nam wszystkim dużo dało. Zarówno przyjemności, jak i możliwości podzielenia się tym, czym byliśmy bez reszty pochłonięci przez ostatnie dwa lata.

Przy tej okazji stało się dla mnie jasne, że kilka pojęć należy dokładniej omówić. To może dzisiaj powiem troszkę więcej o czymś, co przysparza najwięcej problemów, a jest nim PRZEMALOWANIE.

Przemalowanie, moi Drodzy, jest w konserwacji zjawiskiem wysoce negatywnym. Czasami dało się słyszeć wśród widzów podchodzących do obrazu pytania, uwagi czy komentarze tego rodzaju:
– Czy jest jeszcze coś z Matejki w tym Matejce?
– Jak oni to przemalowali?!? Obraz jest teraz bardziej kolorowy…
– Czy to jest jeszcze prawdziwe…?

Padało jeszcze wiele innych komentarzy, ale dzisiaj, jak już mówiłam, skupimy się na przemalowaniu.

Cóż, żyjąc w świecie podróbek i bylejakości, we wszystkim doszukujemy się potencjalnego „oszukaństwa”.

Postaram się przybliżyć, czym jest retusz, a czym przemalowanie na załączonych fotografiach. Chcę jednak jeszcze raz wrócić do tego, że konserwator uzupełnia to, czego nie ma, a w to, co jest stara się ingerować jedynie w stopniu koniecznym. Koncentrujemy się bowiem głównie na bezpieczeństwie technicznym dzieła sztuki. Obserwujemy i pracujemy na wszystkich warstwach tej „kanapki”, zawsze starając się uszanować koncepcję autora.

Posłużę się przykładową fotografią ubytku warstwy malarskiej i gruntu. Ma on konkretny kształt i parametry fizyczne takie jak szerokość, długość i głębokość – można powiedzieć, że przypomina wyschnięte jezioro. Na jego spodzie widzimy płótno, w tym konkretnym przypadku oryginalne (fot. 1). Wypełniamy ten ubytek kitem, starając się by jego faktura była zgodna z otoczeniem. Jest to ważne z różnych względów. Jest on tak gruby jak warstwa gruntu wraz z warstwą malarską. Farby retuszerskie dają bardzo niewielką grubość, dlatego nie możemy budować z nich impastów (które musimy wybudować kitem). Kit jest dopasowany dokładnie do krawędzi ubytku. Prawidłowo wykonany retusz również wpasuje się dokładnie w te krawędzie (fot. 2).

PS. O Pomarańczarce na razie nie piszę. Retuszuję i trzymam ją nieco w tajemnicy. Mam nadzieję, że już stosunkowo niedługo będziecie się mogli cieszyć tym niezwykłym obrazem Aleksandra Gierymskiego.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Koniec pewnej bajki

Kochani!

Zastanawiam się, jak się ta bajka zaczynała… Czy była to bajka o smoku ziejącym ogniem? Chyba jednak nie, pomimo źle wróżącego początku… Może była to bitwa…? A może samo życie?

A może trzeba zacytować Lukrecjusza, który w swoim dziele O naturze rzeczy pisał:

          Trwa materia, by mogły z niej powstać z nowym wiekiem
          Nowe pokolenia, by rosły i twoim śladem
          Idąc, ten sam znalazły rozkwit i upadek.

Udało nam się! Przedłużyliśmy trwanie materii, a wraz z nią, pamiątkę historii zapisanej pędzlem. Zakończyły się dwa lata ciężkiej, mozolnej i wyczerpującej pracy, żeby „przekazać pałeczkę” naszym następcom. Zabrzmiało bardzo pompatycznie, co nie?
Ale te dwa lata poza pracą, twórczymi awanturkami i robieniem niejednokrotnie za samobieżne dźwigi, suwnice i prasy… były również usiane kaskadami śmiechu. Całkiem nieźle nam szła nauka śmiania się z samych siebie. Biegając w swoich białych kombinezonach – fajnych w zimę, bo cieplej, w lecie robiących za szczelne dresy do odchudzania. Ile to było śmiechu, gdy nasze galowe ubranka, zawsze trochę przyduże, a to pękały przy nachylaniu się, a to obwisały tak, że siedzenie Pań wypadało niemal w zgięciu kolan. Zaplamione różnymi substancjami szybko traciły swą nieskalaną biel, wypychając się i deformując w najbardziej używanych miejscach. Koleżanki – kobiety dbałe o wygląd – spinały i przewiązywały te ubranka typowo damskimi dodatkami jak spinki czy paseczki w panterkę. Mogliście zobaczyć taką elegancką drużynę kosmonautów paradującą przez muzeum. Śmialiśmy się, kiedy cały zespół po raz pierwszy ubrał się od stóp do głów i założył półmaski z filtrami. Wtedy przypominaliśmy już kosmiczne owady. Śmialiśmy się, wspinając się na rusztowania i biegając po sali na bosaka, bo było nam za gorąco. Pokrzykiwaliśmy na siebie, żeby za chwilę niemal tarzać się ze śmiechu, kiedy ktoś nam zniknął pod nasuwanym właśnie na obraz płótnem dublażowym, a to, co mogliśmy zobaczyć wyglądało jak księżyc w pełni, spod którego wystają lekko przykurzone gołe stopy. Retusz miejsc intymnych konia również wywołał zarówno ożywioną dyskusję, jak i był przyczynkiem do niezliczonych żartów… A historia ze zgubionym na Grunwaldzie sercem…?! Przy okazji zgrzewania włókniny koleżanka po skończonej pracy zorientowała się, że ma dziurę w kombinezonie i że zgubiła srebrne serduszko z wisiorka. Cały zespół rzucił się na kolana w poszukiwaniu zguby i rozpełzł się po sali. Wtopiliśmy nasze serca w obraz, ale żeby tak jeszcze w straty materialne iść…? Tam i tak dużo metalu w zbrojach i mieczach, a obecność takiego drobiazgu wgrzanego w obraz nikogo by nie ucieszyła. Kiedy serce zostało odnalezione, wszyscy poczuli ulgę, a sytuację skwitowali gromkim śmiechem.

I tak kończy się ta bajka…

I można by powiedzieć – „ i ja tam byłam, miód i wino piłam…”

Wina i miodu nie było, ale kamyczek do ogrodu pamięci wpadł i zostanie z nami na zawsze.

Dziękujemy, że byliście z nami przez te dwa lata. Dzieliliście z nami troski i cieszyliście się naszymi sukcesami.

 

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Biegiem do mety…

Kochani!
Czy ostatnio było coś o górach? To jeszcze będzie…

Jeśli chodzicie po górach, to wiecie, że nie wystarczy wdrapać się na jakikolwiek szczyt czy wzniesienie. Trzeba z nich jeszcze zejść. I czasem jest tak, że zarówno wejście, jak i zejście są bardzo trudne. „Trudność” góry nie musi więc być związana z jej wysokością, a ze specyfiką ukształtowania terenu, który wyrósł nam przed oczami i stopami. Rok, podczas którego ślęczę nad Pomarańczarką pozostanie w mojej pamięci rokiem pod znakiem góry…

Mirosław Falco Dąsal napisał książkę Każdemu jego Everest. Coś w tym jest… Moja góra miała nawet dwa wierzchołki, bo nie zapominajcie o naszej pracy przy Bitwie pod Grunwaldem.
Kiedy przypadł szczyt Pomarańczarki? Myślę, że w chwili, kiedy udało się ją scalić strukturalnie, a ja po raz pierwszy mogłam unieść obraz bez zabezpieczeń, choć nie bez obaw. Była to krótka chwila, w której zyskałam nową porcję nadziei, że już będzie z górki. No cóż, ale jak już wiemy schodzenie wcale nie jest łatwiejsze od wdrapywania się. Jest po prostu inne. Obciążenia są niejednokrotnie równie duże, a i o nogach nie można powiedzieć, że bolą mniej. Wyprawę można jednak uznać za sukces, kiedy człowiek cały, zdrowy, szczęśliwy, choć zmęczony dochodzi na kolację. Ja jeszcze na swoją kolację muszę chwilę iść.

Na razie skończyłam zakładać kity. W tym tygodniu zawerniksowałam obraz i zaczęłam retuszować ubytki.

Kity, jak już niejednokrotnie wspominałam, to istotny i wielokrotnie niedoceniany „drobiazg” w karcie dań, czyli puli zabiegów konserwatorskich. Źle czy niedbale założone kity nie raz drażnią oglądających swoją niedopasowaną do charakteru obrazu powierzchnią. Opracowanie powierzchni kitów na Pomarańczarce zajęło mi pięć tygodni. Bardzo się starałam, żeby wtopiły się w otoczenie. Efekty ocenicie sami. Położenie werniksu to dla mnie zawsze piękny, choć niełatwy moment. Zmienia się radykalnie optyka obrazu. Nabiera on głębi koloru, powietrza, staje się przestrzenny. Nazywam tę chwilę budzeniem motyla. To bardzo przyjemne. A teraz już retusz – oczywiście, tylko w miejscach ubytków farby. Wybrałam retusz naśladowczy. Wszyscy wiemy, że obraz dużo przeszedł. Nie chciałam dodatkowo podkreślać miejsc z „problemami”, tylko scalić kompozycję, tak, by efekty mojej pracy „wtopiły się” w oryginalną warstwę malarską. By widz, oglądając obraz mógł skupić się wyłącznie na kunszcie i zamyśle autora. Nie chciałam wprowadzać dodatkowego rozwibrowania czy rozbicia formy malarskiej retuszem graficznym. Trudność tego etapu polega na tym, że kolorystyka obrazu jest nasycona, ciemne partie mają głęboki, czysty i soczysty koloryt. Farby retuszerskie natomiast wyglądają w takich miejscach płasko i martwo. Nad ciemnymi partiami będę pracowała w świetle słonecznym, bo nie ma jaśniejszej „lampy”, która przebije się przez te niuanse. Spieszę się troszeczkę, bo tak jak kończą się wakacje, tak i lato się kończy, więc słońca będzie coraz mniej.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Cudowne rozmnożenie

L'Enseigne de Gersaint, Jean-Antoine Watteau, 1720

L’Enseigne – sklep z dziełami sztuki, Pierre Aveline, 1732

Grafika L’Enseigne – sklep z dziełami sztuki Pierre’a Aveline’a to miedzioryt z akwafortą na czerpanym papierze żeberkowym. Trafiła do pracowni z typowymi oczekiwaniami. Budziła umiarkowane emocje, rodziła przeciętne nadzieje. Piękna, jak duża część obiektów, z którymi pracujemy. Do tego brudna, przebarwiona, podarta, z ubytkami i załamaniami podłoża, przetarciami papieru i warstwy graficznej. I dawnymi reperacjami. Klasyka gatunku. Po dwustu osiemdziesięciu latach eksploatacji nie ma się czemu dziwić. Indyferentne nastroje trwały do czasu. No właśnie. Posłuchajcie.

Po mechanicznym oczyszczeniu lica i odwrocia przyszedł czas na kąpiele. Obiekt rozdublowano, czyli oddzielono warstwę służącą jako wzmocnienie od właściwej ryciny. I wtedy właśnie rozmnożyło się.

Fot. Kolejne etapy zabiegów konserwatorskich. Pani Wanda Głowacka-Baranowska w roli akuszerki.

Dawne reperacje okazały się bardzo szczególne. Złożyły się na nie dwie kolejne ryciny. Pierwsza, niemiecka mezzotinta na papierze czerpanym zachowała się w całości. Drugą stanowiły fragmenty osiemnastowiecznej mezzotinty utrzymanej w błękitnej kolorystyce. Tych rycin nie było dotychczas w naszych zbiorach!
Potem nastąpił szereg przewidywalnych i koniecznych procedur. Oczyszczanie z kleju, kolejne kąpiele, odkwaszanie, wzmacnianie strukturalne, podklejanie przedarć, uzupełnianie ubytków, rozprostowywanie, retusze naśladowcze… Czyli chleb powszedni.

Po okiełznaniu materialnej substancji rozmnożone muzealia opuściły pracownię. Nadszedł czas na badania zjawiska z pozycji historyków sztuki.

Pozdrawiam
Dorota Dzik-Kruszelnicka
Starszy Asystent Konserwatorski
Pracownia Konserwacji Obiektów na Papierze

Patrz tam, gdzie wzrok nie sięga…

Kochani!

Konserwacja ma w sobie coś z wdrapywania się na szczyty gór lub patrzenia na morski horyzont. Wydaje się, że widoki są różne, ale jednak coś je łączy. To daleka perspektywa, zarówno czasu, jak i przestrzeni.

Stojąc mocno na nogach teraźniejszości, patrzymy i pracujemy, wpatrzeni w przyszłość. Aby nasze cele mogły zostać zrealizowane, musimy stawiać na jakość. Czy zauważyliście, idąc do sklepów i robiąc zakupy, że poczynając od drobiazgów, poprzez ubrania, sprzęt AGD, itd., elementem łączącym ten zbiór jest brak jakości? Nie chodzi już o to, by marka bazowała na jakości. Towar jest kreowany na jeden sezon lub na czas trwania gwarancji. Potem klient powinien kupić nowy towar. Takie są nasze czasy.
Konserwacja natomiast musi być oparta na jakości i bardzo wysokich standardach. W przeciwnym razie nie ma sensu. Pracujemy na przedmiotach jedynych w swoim rodzaju, pojedynczych, unikatowych, zaszufladkowanych pod etykietą „wspaniały, piękny, niepowtarzalny”…

Pytacie niejednokrotnie, dlaczego tak długo, dlaczego tak drogo, dlaczego są z tym takie „ceregiele”. Otóż właśnie dlatego.

Kończy się dwuletnia praca nad konserwacją Bitwy pod Grunwaldem.
Zakończyliśmy etap retuszu. Konserwatorki pracowały w bardzo ciepłej temperaturze galerii, wspierane serdecznymi uczuciami zwiedzających. Atmosfera była bardzo gorąca. Tak zwaną kreską został zrobiony retusz graficzny, byście mogli rozróżnić miejsca uszkodzone, gdy zbliżycie się do obrazu na krok. Jednak już z perspektywy trzech kroków uzupełnienia warstwy barwnej stają się nierozróżnialne z oryginalną warstwą malarską.
Teraz, etapami, montowana jest rama.

A ja?

Po krótkiej chwili oddechu, wróciłam do zakładania kitów na Pomarańczarce. Żmudne i nie najłatwiejsze to zadanie, które wykonuję pod szkłem powiększającym. Obraz jest mały, ale sami widzieliście, że ma całkiem sporo ubytków – od bardzo drobnych po całkiem duże. A jak już wiemy, każdy kit, każde, nawet najdrobniejsze, uzupełnienie musi dostać fakturę dostosowaną do otoczenia. I tak – znowu wbrew ogólnie panującym modom – dbam, aby moje kity nie „wyróżniały się” spośród otoczenia i nie stanowiły oddzielnego obrazu w obrazie. Bo nic nie powinno zakłócić harmonii tego wysokiej jakości artystycznej dzieła, jakie pozostawił potomnym Aleksander Gierymski.

Anna Lewandowska
konserwator w Pracowni Konserwacji Malarstwa na Płótnie MNW

Retusze i kity na wakacje

Kochani!

Pewnie jesteście na wakacjach i zasłużonych urlopach, albo się na nie wybieracie. Oby były fajne i udane!

W Muzeum praca wre. W chwili wolnej od obowiązków możecie nas odwiedzić w Sali Matejkowskiej gdzie weszliśmy w ostatnią fazę prac nad konserwacją Bitwy pod Grunwaldem. Retuszujemy wszystkie te miejsca, które wcześniej wypełniliśmy kitem i pieczołowicie opracowaliśmy faktury, ale również te miejsca, które punktowo mają powierzchniowo przetartą warstwę malarską. Obraz jest duży, a pędzle do retuszu małe. To naprawdę nie są pędzle typu „ławkowiec”. Trzeba precyzyjnie wypełnić ubytek kolorem. Jak już będziecie mogli bliżej podejść do obrazu to zobaczycie, że retusz jest wykonany kreseczką. Dzięki temu bryły i plamy kolorystyczne mają domkniętą formę, ale z bliska dokładnie widać co jest retuszem, a co oryginalną warstwą malarską. Przyjdźcie i zobaczcie jak z lupami na oczach wypracowujemy efekt końcowy.

Pomarańczarka jest zdublowana i naciągnięta na nowe „super krosienko”. Zupełnie tak jakby dostała wypasionego Merecedesa, aż oczy się śmieją. Nie jej oczywiście, a nasze. Wymyśliłam i wypróbowałam dla niej kit i zaczęłam kolejny etap nauki… Radzę sobie całkiem nieźle z zakładaniem kitów. Jednak za każdym razem jak siadam do tych prac na Pomarańczarce to wstaję z myślą, że chyba dopiero ten obraz nauczy mnie co to znaczy zakładać kity. Jak zwykle jest żmudnie i trudno… I tutaj też lupa na oczach i morze cierpliwości. A tu ciepło i morze już szumi wakacyjnie. Oj…

Anna Lewandowska
konserwator w Pracowni Konserwacji Malarstwa Sztalugowego MNW