Niczym słoń w składzie porcelany

Trochę dawno nie pisałam… Co poniekąd oznacza, że dużo biegałam. W pracowni przestojów nie ma. Ciągle coś się dzieje (z tzw. bieżących spraw do natychmiastowego załatwienia). A przecież wszyscy wiemy, że konserwacja wymaga czasu i skupienia. No to skupiamy się szybko i biegamy też szybko, tak żeby na nasze działanie na konserwowanym obiekcie pozostało nam wystarczająco dużo czasu.

Ostatnio trafił do naszej pracowni przysłowiowy słoń. Przybrał postać obrazu pod tytułem Przysięga królowej Jadwigi Józefa Simmlera. Przy okazji poprzednich wpisów i załączonych fotografii mogliście się zorientować, że pomieszczenie, w którym pracujemy do największych nie należy, a większą jego część zajmują całkiem spore stoły – w tym dublażowy.

Nasze słoniątko mierzy sobie 289,5 × 214,5 cm bez rozwiniętych krajek. A trzeba go było zdjąć z krosna, co automatycznie powiększyło jego wymiar o ok. 20 cm (zarówno jeśli chodzi o długość, jak i o szerokość). Możecie więc sobie wyobrazić że podnoszenie, kładzenie czy obracanie takiej powierzchni jest bardzo kłopotliwe. Sufit okazuje się być za niski, a i przejścia między meblami, które nam normalnie wystarczają, stają się w takiej sytuacji ekstremalnie wąskie. A nasz słoń okazuje się być podczas wykonywania tych powietrznych ewolucji zwyczajnie ciężki. Dodatkowo pozbawiony krosna staje się dużym bezwładnym, ale wciąż delikatnym i bezbronnym płótnem.

Bitwa pod Grunwaldem była tak duża, że trzeba było zamknąć salę galeryjną i tam urządzić tymczasową pracownię. Jednak obrazy tej wielkości co Jadwiga są w zbiorach muzealnych dość powszechne i jeśli zachodzi taka potrzeba, trzeba się nimi porządnie zająć. Trudno jednak za każdym razem wyłączać salę galeryjną i urządzać tam pracownię. Mamy więc taką zasadę, że wszystko, co udaje nam się wciągnąć przez ucho igielne, czyli drzwi, jest robione w pracowni. Zrobiłam dla Was kilka fotografii, żeby pokazać naszego słonia, który poddał się cierpliwie naszym usilnym, ale nie bezsilnym (sic!) zabiegom.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Werniks? Werniks! Och ten werniks…

Kochani!

Ostatnio było o przemalowaniu, ale podczas Pikniku Grunwaldzkiego padło stwierdzenie, do którego chcę powrócić.

­– Obraz jest teraz bardziej kolorowy…!

Spróbujmy się zastanowić nad tym, dlaczego jest on bardziej kolorowy niż był przed konserwacją. Pytanie to dotyczy nie tylko Grunwaldu, ale i wielu innych obrazów, które przechodzą przez ręce konserwatorów. Tym razem również przygotowałam kilka fotografii, które lepiej wszystko zilustrują. Zacznijmy od tego, że większość obrazów ­– szczególnie tych starszych – pokrytych jest werniksem. Werniksy są roztworami substancji organicznych (jak np. damara czy mastyks) w rozpuszczalnikach organicznych z dodatkami olejów schnących. Mogą być wieloskładnikowe oparte na żywicach naturalnych, jak i sztucznych (co obecnie przeważa w handlu). Są przezroczyste. Najlepiej jak są bezbarwne. To moje wyjaśnienie oczywiście jest bardzo ogólne i ma na celu jedynie zasygnalizowanie, co też na powierzchni obrazu tak odbija światło, że czasem trudno przyjrzeć się samemu dziełu. Jeżeli zresztą tak się dzieje, to oznacza, że obraz został albo nieumiejętnie podświetlony, albo nie za dobrze dobrano werniks. Werniks nie jest bowiem po to, żeby zakłócać odbiór kompozycji. Wręcz przeciwnie. Jego warstwa działa trochę jak soczewka – poprzez wydobycie niuansów barwnych. Kolory zyskują głębsze nasycenie i dają wrażenie przestrzenności. Chociaż artyści nie zawsze sobie tego życzą. Należy wówczas zabezpieczyć obraz w taki sposób, żeby nie naruszyć zamysłu malarza. Można powiedzieć, że poza tym werniks jest jak tarcza. Broni i chroni warstwę malarską. Jak wiemy wszystko w przyrodzie się starzeje, farby również. Nie tylko twardnieją czy pękają, ale również blakną, czyli tracą swoje pierwotne nasycenie i ton. Ponieważ dzieje się tak z całą kompozycją, to nie postrzegamy zmian, bo wszystko wydaje się „na miejscu”. Obraz, który świeżo „zszedł” ze sztalugi, już rok później wygląda troszeczkę inaczej, a im dalej w las, tym zmiany większe. Dlaczego? Musimy pamiętać o kurzu, który na nim osiada, świetle, które zawartym w sobie ultrafioletem sprawia, że barwy „płowieją”, a też papierosy, które palimy w jego otoczeniu zostawiają na farbie brązową smółkę. Tak się dzieje, gdy werniksu nie ma. Sytuacja jest podobna, gdy werniks jest, ale wtedy to on bierze na siebie całą brudną robotę. Farba ulega zmianom – bo musi, ale dzieje się to dużo, dużo wolniej. Szybciej natomiast zmienia się werniks. To on żółknie, czasem staje się mniej przejrzysty, gdy w otoczeniu obrazu jest wilgotno, „zbiera” na sobie kurz i wszelkie zanieczyszczenia powietrza. W efekcie końcowym, któregoś pięknego dnia odkrywamy, że obraz, który w naszej pamięci i opowiadaniach był kolorowy, już taki nie jest. Zgłaszamy się wtedy do konserwatora, bo mamy „popsuty” obraz. Pamiętajcie, że obrazy nabawiają się w czasie swojego czasem długiego życia różnego typu nawarstwień, reperacji, szerokich retuszy czy wręcz przemalowań; to wszystko w połączeniu z brudnym, zmienionym kolorystycznie, werniksem może pozbawić nas przyjemności oglądania obrazów takimi, jakimi stworzyli je malarze. Nie jest to jednak katastrofa, ponieważ można te wszystkie naleciałości i brudy umiejętnie usunąć. A efekt…? Życzę wszystkim, żeby obrazy po konserwacji zawsze cieszyły nasze oczy soczystością barw, podobnie jak Grunwald.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Przemalowanie

Kochani!

Piknik Grunwaldzki dał mi kilka tematów do przemyśleń. Fajnie, że do nas przyszliście i nie obawialiście się łapać konserwatora za mankiet, żeby coś opowiedział, wyjaśnił czy pokazał. To nam wszystkim dużo dało. Zarówno przyjemności, jak i możliwości podzielenia się tym, czym byliśmy bez reszty pochłonięci przez ostatnie dwa lata.

Przy tej okazji stało się dla mnie jasne, że kilka pojęć należy dokładniej omówić. To może dzisiaj powiem troszkę więcej o czymś, co przysparza najwięcej problemów, a jest nim PRZEMALOWANIE.

Przemalowanie, moi Drodzy, jest w konserwacji zjawiskiem wysoce negatywnym. Czasami dało się słyszeć wśród widzów podchodzących do obrazu pytania, uwagi czy komentarze tego rodzaju:
– Czy jest jeszcze coś z Matejki w tym Matejce?
– Jak oni to przemalowali?!? Obraz jest teraz bardziej kolorowy…
– Czy to jest jeszcze prawdziwe…?

Padało jeszcze wiele innych komentarzy, ale dzisiaj, jak już mówiłam, skupimy się na przemalowaniu.

Cóż, żyjąc w świecie podróbek i bylejakości, we wszystkim doszukujemy się potencjalnego „oszukaństwa”.

Postaram się przybliżyć, czym jest retusz, a czym przemalowanie na załączonych fotografiach. Chcę jednak jeszcze raz wrócić do tego, że konserwator uzupełnia to, czego nie ma, a w to, co jest stara się ingerować jedynie w stopniu koniecznym. Koncentrujemy się bowiem głównie na bezpieczeństwie technicznym dzieła sztuki. Obserwujemy i pracujemy na wszystkich warstwach tej „kanapki”, zawsze starając się uszanować koncepcję autora.

Posłużę się przykładową fotografią ubytku warstwy malarskiej i gruntu. Ma on konkretny kształt i parametry fizyczne takie jak szerokość, długość i głębokość – można powiedzieć, że przypomina wyschnięte jezioro. Na jego spodzie widzimy płótno, w tym konkretnym przypadku oryginalne (fot. 1). Wypełniamy ten ubytek kitem, starając się by jego faktura była zgodna z otoczeniem. Jest to ważne z różnych względów. Jest on tak gruby jak warstwa gruntu wraz z warstwą malarską. Farby retuszerskie dają bardzo niewielką grubość, dlatego nie możemy budować z nich impastów (które musimy wybudować kitem). Kit jest dopasowany dokładnie do krawędzi ubytku. Prawidłowo wykonany retusz również wpasuje się dokładnie w te krawędzie (fot. 2).

PS. O Pomarańczarce na razie nie piszę. Retuszuję i trzymam ją nieco w tajemnicy. Mam nadzieję, że już stosunkowo niedługo będziecie się mogli cieszyć tym niezwykłym obrazem Aleksandra Gierymskiego.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Koniec pewnej bajki

Kochani!

Zastanawiam się, jak się ta bajka zaczynała… Czy była to bajka o smoku ziejącym ogniem? Chyba jednak nie, pomimo źle wróżącego początku… Może była to bitwa…? A może samo życie?

A może trzeba zacytować Lukrecjusza, który w swoim dziele O naturze rzeczy pisał:

          Trwa materia, by mogły z niej powstać z nowym wiekiem
          Nowe pokolenia, by rosły i twoim śladem
          Idąc, ten sam znalazły rozkwit i upadek.

Udało nam się! Przedłużyliśmy trwanie materii, a wraz z nią, pamiątkę historii zapisanej pędzlem. Zakończyły się dwa lata ciężkiej, mozolnej i wyczerpującej pracy, żeby „przekazać pałeczkę” naszym następcom. Zabrzmiało bardzo pompatycznie, co nie?
Ale te dwa lata poza pracą, twórczymi awanturkami i robieniem niejednokrotnie za samobieżne dźwigi, suwnice i prasy… były również usiane kaskadami śmiechu. Całkiem nieźle nam szła nauka śmiania się z samych siebie. Biegając w swoich białych kombinezonach – fajnych w zimę, bo cieplej, w lecie robiących za szczelne dresy do odchudzania. Ile to było śmiechu, gdy nasze galowe ubranka, zawsze trochę przyduże, a to pękały przy nachylaniu się, a to obwisały tak, że siedzenie Pań wypadało niemal w zgięciu kolan. Zaplamione różnymi substancjami szybko traciły swą nieskalaną biel, wypychając się i deformując w najbardziej używanych miejscach. Koleżanki – kobiety dbałe o wygląd – spinały i przewiązywały te ubranka typowo damskimi dodatkami jak spinki czy paseczki w panterkę. Mogliście zobaczyć taką elegancką drużynę kosmonautów paradującą przez muzeum. Śmialiśmy się, kiedy cały zespół po raz pierwszy ubrał się od stóp do głów i założył półmaski z filtrami. Wtedy przypominaliśmy już kosmiczne owady. Śmialiśmy się, wspinając się na rusztowania i biegając po sali na bosaka, bo było nam za gorąco. Pokrzykiwaliśmy na siebie, żeby za chwilę niemal tarzać się ze śmiechu, kiedy ktoś nam zniknął pod nasuwanym właśnie na obraz płótnem dublażowym, a to, co mogliśmy zobaczyć wyglądało jak księżyc w pełni, spod którego wystają lekko przykurzone gołe stopy. Retusz miejsc intymnych konia również wywołał zarówno ożywioną dyskusję, jak i był przyczynkiem do niezliczonych żartów… A historia ze zgubionym na Grunwaldzie sercem…?! Przy okazji zgrzewania włókniny koleżanka po skończonej pracy zorientowała się, że ma dziurę w kombinezonie i że zgubiła srebrne serduszko z wisiorka. Cały zespół rzucił się na kolana w poszukiwaniu zguby i rozpełzł się po sali. Wtopiliśmy nasze serca w obraz, ale żeby tak jeszcze w straty materialne iść…? Tam i tak dużo metalu w zbrojach i mieczach, a obecność takiego drobiazgu wgrzanego w obraz nikogo by nie ucieszyła. Kiedy serce zostało odnalezione, wszyscy poczuli ulgę, a sytuację skwitowali gromkim śmiechem.

I tak kończy się ta bajka…

I można by powiedzieć – „ i ja tam byłam, miód i wino piłam…”

Wina i miodu nie było, ale kamyczek do ogrodu pamięci wpadł i zostanie z nami na zawsze.

Dziękujemy, że byliście z nami przez te dwa lata. Dzieliliście z nami troski i cieszyliście się naszymi sukcesami.

 

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Biegiem do mety…

Kochani!
Czy ostatnio było coś o górach? To jeszcze będzie…

Jeśli chodzicie po górach, to wiecie, że nie wystarczy wdrapać się na jakikolwiek szczyt czy wzniesienie. Trzeba z nich jeszcze zejść. I czasem jest tak, że zarówno wejście, jak i zejście są bardzo trudne. „Trudność” góry nie musi więc być związana z jej wysokością, a ze specyfiką ukształtowania terenu, który wyrósł nam przed oczami i stopami. Rok, podczas którego ślęczę nad Pomarańczarką pozostanie w mojej pamięci rokiem pod znakiem góry…

Mirosław Falco Dąsal napisał książkę Każdemu jego Everest. Coś w tym jest… Moja góra miała nawet dwa wierzchołki, bo nie zapominajcie o naszej pracy przy Bitwie pod Grunwaldem.
Kiedy przypadł szczyt Pomarańczarki? Myślę, że w chwili, kiedy udało się ją scalić strukturalnie, a ja po raz pierwszy mogłam unieść obraz bez zabezpieczeń, choć nie bez obaw. Była to krótka chwila, w której zyskałam nową porcję nadziei, że już będzie z górki. No cóż, ale jak już wiemy schodzenie wcale nie jest łatwiejsze od wdrapywania się. Jest po prostu inne. Obciążenia są niejednokrotnie równie duże, a i o nogach nie można powiedzieć, że bolą mniej. Wyprawę można jednak uznać za sukces, kiedy człowiek cały, zdrowy, szczęśliwy, choć zmęczony dochodzi na kolację. Ja jeszcze na swoją kolację muszę chwilę iść.

Na razie skończyłam zakładać kity. W tym tygodniu zawerniksowałam obraz i zaczęłam retuszować ubytki.

Kity, jak już niejednokrotnie wspominałam, to istotny i wielokrotnie niedoceniany „drobiazg” w karcie dań, czyli puli zabiegów konserwatorskich. Źle czy niedbale założone kity nie raz drażnią oglądających swoją niedopasowaną do charakteru obrazu powierzchnią. Opracowanie powierzchni kitów na Pomarańczarce zajęło mi pięć tygodni. Bardzo się starałam, żeby wtopiły się w otoczenie. Efekty ocenicie sami. Położenie werniksu to dla mnie zawsze piękny, choć niełatwy moment. Zmienia się radykalnie optyka obrazu. Nabiera on głębi koloru, powietrza, staje się przestrzenny. Nazywam tę chwilę budzeniem motyla. To bardzo przyjemne. A teraz już retusz – oczywiście, tylko w miejscach ubytków farby. Wybrałam retusz naśladowczy. Wszyscy wiemy, że obraz dużo przeszedł. Nie chciałam dodatkowo podkreślać miejsc z „problemami”, tylko scalić kompozycję, tak, by efekty mojej pracy „wtopiły się” w oryginalną warstwę malarską. By widz, oglądając obraz mógł skupić się wyłącznie na kunszcie i zamyśle autora. Nie chciałam wprowadzać dodatkowego rozwibrowania czy rozbicia formy malarskiej retuszem graficznym. Trudność tego etapu polega na tym, że kolorystyka obrazu jest nasycona, ciemne partie mają głęboki, czysty i soczysty koloryt. Farby retuszerskie natomiast wyglądają w takich miejscach płasko i martwo. Nad ciemnymi partiami będę pracowała w świetle słonecznym, bo nie ma jaśniejszej „lampy”, która przebije się przez te niuanse. Spieszę się troszeczkę, bo tak jak kończą się wakacje, tak i lato się kończy, więc słońca będzie coraz mniej.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Patrz tam, gdzie wzrok nie sięga…

Kochani!

Konserwacja ma w sobie coś z wdrapywania się na szczyty gór lub patrzenia na morski horyzont. Wydaje się, że widoki są różne, ale jednak coś je łączy. To daleka perspektywa, zarówno czasu, jak i przestrzeni.

Stojąc mocno na nogach teraźniejszości, patrzymy i pracujemy, wpatrzeni w przyszłość. Aby nasze cele mogły zostać zrealizowane, musimy stawiać na jakość. Czy zauważyliście, idąc do sklepów i robiąc zakupy, że poczynając od drobiazgów, poprzez ubrania, sprzęt AGD, itd., elementem łączącym ten zbiór jest brak jakości? Nie chodzi już o to, by marka bazowała na jakości. Towar jest kreowany na jeden sezon lub na czas trwania gwarancji. Potem klient powinien kupić nowy towar. Takie są nasze czasy.
Konserwacja natomiast musi być oparta na jakości i bardzo wysokich standardach. W przeciwnym razie nie ma sensu. Pracujemy na przedmiotach jedynych w swoim rodzaju, pojedynczych, unikatowych, zaszufladkowanych pod etykietą „wspaniały, piękny, niepowtarzalny”…

Pytacie niejednokrotnie, dlaczego tak długo, dlaczego tak drogo, dlaczego są z tym takie „ceregiele”. Otóż właśnie dlatego.

Kończy się dwuletnia praca nad konserwacją Bitwy pod Grunwaldem.
Zakończyliśmy etap retuszu. Konserwatorki pracowały w bardzo ciepłej temperaturze galerii, wspierane serdecznymi uczuciami zwiedzających. Atmosfera była bardzo gorąca. Tak zwaną kreską został zrobiony retusz graficzny, byście mogli rozróżnić miejsca uszkodzone, gdy zbliżycie się do obrazu na krok. Jednak już z perspektywy trzech kroków uzupełnienia warstwy barwnej stają się nierozróżnialne z oryginalną warstwą malarską.
Teraz, etapami, montowana jest rama.

A ja?

Po krótkiej chwili oddechu, wróciłam do zakładania kitów na Pomarańczarce. Żmudne i nie najłatwiejsze to zadanie, które wykonuję pod szkłem powiększającym. Obraz jest mały, ale sami widzieliście, że ma całkiem sporo ubytków – od bardzo drobnych po całkiem duże. A jak już wiemy, każdy kit, każde, nawet najdrobniejsze, uzupełnienie musi dostać fakturę dostosowaną do otoczenia. I tak – znowu wbrew ogólnie panującym modom – dbam, aby moje kity nie „wyróżniały się” spośród otoczenia i nie stanowiły oddzielnego obrazu w obrazie. Bo nic nie powinno zakłócić harmonii tego wysokiej jakości artystycznej dzieła, jakie pozostawił potomnym Aleksander Gierymski.

Anna Lewandowska
konserwator w Pracowni Konserwacji Malarstwa na Płótnie MNW

Grunwald powrócił

Przez ostatnie 22 miesiące praktycznie go nie było. Podczas konserwacji dokonaliśmy „rozbioru” obrazu na czynniki pierwsze.

Wszystko, co zrobił Matejko pozostało.

Wszystko, co dodali nasi poprzednicy – konserwatorzy – zostało usunięte.

W lipcu 2010 roku zdejmowało go ze ściany 36 pracowników muzeum.

Teraz, 30 marca 2012 roku, został podniesiony do pionu i dźwignięty na wysokość ekspozycyjną praktycznie przez jednego człowieka (inni pracownicy jedynie zabezpieczali całą operację).

Jak to możliwe?

Konstrukcja stalowa, system bloczków, kołowrót, przekładnia ślimakowa i lina stalowa o średnicy 4 mm. Kręcimy kołowrotem. Obraz podnosi się do pionu, a następnie unosi na żądaną wysokość.

Całkiem proste.

Dodatkowo jego waga zmniejszyła się z ok. 700 do 290 kg!

Nowe krosno sprawi, że obraz będzie rozciągany ze stałą siłą bez względu na zmiany wilgotności.

Stał się bardziej elastyczny.

Nabrał koloru.

Na tle ciemnej ściany Sali Matejkowskiej wygląda, jakby lewitował. Przez dwadzieścia dwa miesiące był przedmiotem naszej największej troski. Gdy skończymy prace, znów będzie dla nas tylko jednym z wielu obrazów w muzeum.

 * Które z dzieci jest najbardziej kochane?
To, które jest chore, dopóki nie wyzdrowieje.

 

Piotr Lisowski
Konserwator
Pracownia Konserwacji Malarstwa Sztalugowego

Bitwa zawieszona!

Kochani!

Stało się to w ostatni piątek (30 marca 2012 r.) o godzinie 13.40.

Obraz Jana Matejki Bitwa pod Grunwaldem został zawieszony na swojej nowej konstrukcji. Długo na ten moment czekaliśmy i dużo się napracowaliśmy, żeby do niego doprowadzić. Dzieło zostało położone 13 lipca 2010 i do dzisiaj zmieniało jedynie pozycję ułożenia na podeście, a to licem w dół, a to licem w górę, w zależności od etapu pracy.

Bitwa dostała nowe wspaniałe krosno oraz nową konstrukcję, na której zawisła. Wszystko odbyło się pomyślnie. Zawieszenie wymagało precyzji i uwagi.
 

Obecni świadkowie tego wydarzenia nie kryli poruszenia, a niektórzy nawet wzruszenia.

Więcej i dokładniej opowiemy Wam o tej trudnej operacji w kolejnym wpisie.

Prace konserwatorskie będą nadal trwały, więc trzymajcie za nas kciuki!

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie


 

Oko cyklonu

Kochani!
 
Cisza czasami oznacza po prostu uspokojenie, bezruch… Jednak jest jeszcze wśród wielu innych rodzajów ciszy ta, którą określamy „ciszą na morzu”. Jest to uspokojenie chwilowe zwiastujące czające się za plecami żywioły.

Cisza na blogu oznacza, że w salach muzealnych szaleje tajfun – 10 w skali Beauforta. A w zasadzie, to już sama nie wiem, czy to tajfun, czy trąba powietrzna. Dookoła latają wiaderka z farbą, wałki malarskie, stelaże, płyty, wiertarki… A w powietrzu unosi się pył z cyklinowanych podłóg.

W oku cyklonu trwają prace nad konserwacją Grunwaldu – w tym tygodniu obraz zostanie naciągnięty na nowe krosno i zawieszony.

Pomarańczarka „pozbywa się” zabezpieczenia z bibułki japońskiej. Pomalutku, powolutku, stopniowo usuwam zabezpieczenie. Najpierw dwie warstwy, a teraz trzecia – ostatnia, leżąca bezpośrednio na warstwie malarskiej. I znowu nie jest łatwo, i jak zwykle siadając do tego obrazu, muszę „zamknąć wszystkie drzwi i okna”. Pełna koncentracja, skupienie i izolacja. Nawet jeżeli jest to tylko dziesięć minut, między odebraniem telefonu, który nieustannie dzwoni w Pracowni, a biegiem w kierunku Sali Grunwaldzkiej.

I tak wszyscy gonią, wytwarzając własną trąbę powietrzną. A to wracają obiekty z wypożyczeń, a to trzeba przygotować obrazy na wystawę otwierającą, a to trzeba zaopiniować kilkadziesiąt obrazów na kolejne wypożyczenia, jeszcze je przejrzeć i przygotować do drogi oczywiście, a to ktoś zapomniał młotka, a to zabrakło drutu.

– Gdzie te kliny?
– Chyba gdzieś się zawieruszyły.
– Trzeba odkurzyć podłogę!
– A gdzie jest skrzynia narzędziowa? Kto ją zabrał?!

Wieje, wieje, rozpędza się to tornado i im bliżej maja, tym silniej dmie. A mi coraz bardziej się marzy spokojna chwila w oku tego cyklonu. I niech nam się uda, Mili moi, ale bez łez. Chyba że będą to kręcące się w oku łzy wzruszenia.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie


 

Wciskanie kitu

Czynność ta kojarzy się zdecydowanie negatywnie. Oznacza przede wszystkim przekazywanie nieprawdziwych informacji. Motywacje takiego działania mogą być rozmaite: chęć zaszkodzenia rozmówcy, wybielenie siebie; a może być to również działanie czysto bezinteresowne, czyli sztuka dla sztuki. W sztuce wszelka iluzja jest w pewnym sensie „wciskaniem kitu”.

A w konserwacji?

     

W konserwacji wciskanie kitu jest formą wypełniania ubytków warstwy malarskiej (fot. 1). Można to porównać do plombowania zębów. Kit to spoiwo i wypełniacz. Spoiwo ma zagwarantować odpowiednie własności kitu, takie jak twardość, elastyczność, dobrą przyczepność do podłoża i odporność na czynniki zewnętrzne. Wypełniacz nadaje kitowi kolor, ale również zmniejsza nadmierną moc spoiwa i jego naprężenia w trakcie wysychania (fot. 2). Podczas opracowywania imituje powierzchnię wykruszonej farby. Gdy farba była gładka, jest gładki. Gdy była fakturalna, jest fakturalny.

W Bitwie pod Grunwaldem mamy dwa rodzaje faktur. W miejscach impastów, gdzie farba została położona grubo, mamy fakturę nieregularną będącą śladem pędzla artysty (fot. 3 i 4). W miejscach cienko pokrytych farbą mamy widoczny ślad faktury płótna i ma ona charakter regularny i mechaniczny. Fakturę regularną uzyskujemy, wyciskając kit przez siatkę o odpowiedniej grubości i rozstawie oczek, pozostawiając ślad, podobnie jak w odbitce sitodrukowej.

     

Tak więc, w przypadku uzupełniania ubytków warstwy malarskiej w naszej Bitwie można powiedzieć że „wciskamy kit” i „wyciskamy kit”.

Piotr Lisowski
Konserwator
Pracownia Konserwacji Malarstwa Sztalugowego