Pauza

Cisza pomiędzy dźwiękami. Dużo było dźwięków wokół mnie. Zebrania, spotkania, omawiania, ustalania. Kolejne stacje kolejowe, kolejne lotniska. Bieg do muzeów. Rozmowy. Oglądanie. Badanie. Trzaskanie drzwi pociągu, drzwi samochodu, rygli skrzyń. Szum silników samolotu i dźwięk uderzanych klawiszy komputera, spust migawki aparatu. Kakofonia dźwięków i wrażeń. I znów plaskanie palców na klawiaturze.
Kończymy katalog. Wystawa coraz bliżej, a pytania dotyczące pana Gierymskiego wciąż płyną wartkim szumiącym potokiem. Na dużą ich część udało się znaleźć odpowiedź, ale w ich miejsce natychmiast pojawiły się nowe. Tak trudno wyzbyć się przyzwyczajeń i patrzeć jedynie własnymi oczami, jeśli się przeczytało tyle mądrych tekstów. Tak trudno pokonać barierę – najczęściej widzisz to, co wiesz. Dużo trudniej jest zobaczyć to, czego do tej pory nie wiedziałeś. A jednak wciąż zdarzają się chwile ciszy i już wiesz, że czegoś nie wiesz. Trudno jest związać dźwięki – tego, co teraz z tym, co kiedyś. Znaleźć rytm i zrozumieć. Zsynchronizować czasy i brzmienia, żeby na wystawie przybliżyć przeszłość i pokazać, jaki miała wpływ na kształtowanie czasu teraźniejszego.

Nawet sama konstrukcja ekspozycji będzie miała znaczenie. Nie wystarczy jedynie powiesić dzieła na ładnie pomalowanych ścianach. Wspaniałe malarstwo pokaże się samo, ale obrazy kryją w sobie tak wiele tajemnic, że szkoda byłoby pominąć je milczeniem. Cały czas ja i koleżanki pracujące nad wystawą czujemy się zaskakiwane i zadziwiane. Może więc uda się nam pokazać choć część tego naszego zdziwienia. W pewnym sensie pokazać człowieka i jego dzieło na nowo. Zdałam sobie sprawę, że niczego o tym malarzu, ani o jego obrazach nie wiedziałam. To bardzo ciekawe doświadczenie. Wyobraźcie sobie tylko jedną z sytuacji, jaka mi się stosunkowo nie dawno przytrafiła. Niemal dziesiąty miesiąc pracy nad wystawą. Zdołałam obejrzeć 95% obrazów. Przeczytałam mnóstwo opisów, w tym technologicznych, czyli dotyczących budowy warstwy malarskiej. Sama mam doświadczenie z malarstwem i jestem od dobrych kilku lat konserwatorem.
Aż tu przychodzi taki dzień, kiedy to okazuje się, jak stereotypowo przyglądam się obrazom. Kompozycja, kolorystyka, rysunek, harmonia tych wszystkich stosunków, faktury… Pisząc esej, stwierdziłam, że muszę sobie coś przypomnieć i przyjrzeć się jednemu obrazowi jeszcze raz.

Staję więc przed nim i ku mojemu zaskoczeniu odkrywam, że mam problem. Nie potrafię odpowiedzieć na wydawałoby się najbardziej prozaiczne pytanie i to nie to, z którym przyszłam. Stanęłam przed zagadką – jak obraz, na który patrzę został namalowany?! No cóż, powstrzymam się przed opisem uczuć konsternacji i paniki, jakie mnie opanowały. Nie pomogło szkło powiększające, czy włączone lampy chirurgiczne. Zdumienie było tym większe, że konsylium kolegów, które się zebrało również nie znalazło pewnej odpowiedzi. Na obrazie bowiem można odnaleźć tylko kilka śladów pociągnięć pędzla, trudno jasno zinterpretować, przy użyciu jakich narzędzi malarskich obraz powstał. Wydaje się, że odpowiedź w końcu znalazłam, ale cały czas robię próby, żeby potwierdzić słuszność tej teorii, albo ją obalić. Sprowokowało mnie to, żeby jeszcze raz obejrzeć wszystkie dzieła, do których mam dostęp. I wiecie co? To nie był jedyny twardy orzech do zgryzienia. Stereotypy, utarte bezpieczne ścieżki myślenia i patrzenia zakładają nam na oczy czarne okulary. Ogłusza szum informacji zalewających nas jak wysoka fala. Trudno usłyszeć pojedynczy dźwięk i ciszę, która pozwala ten dźwięk zrozumieć.
Potrzebna nam pauza.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

„[…] i gna coraz prędzej”

Znów spotkała mnie KoleżAnka, kiedy dosyć już późną porą przeciągałam wraz z szefową i towarzyszącymi nam panami przez muzeum. Ciągnęliśmy za sobą „wagony”, czyli walizki, torby, statywy etc. Co też wzbudziło zainteresowanie, zmęczonej już po całym dniu pracy KoleżAnki.

– Skąd wracasz? – zapytała.
– Ze szpitala – odpowiedziałam.
– Jezus Maria, co się stało? Jesteś chora!?
– Nie, robiliśmy rentgeny – powiedziałam, goniąc za moimi towarzyszami podróży i zostawiając moją rozmówczynię ze znakami zapytania w oczach.

A było to tak…
Mój pęd do wiedzy o twórczości i życiu Gierymskiego nie przerodził się jeszcze w obsesję (czyżby…), ale niczym rozpędzony pociąg, gna coraz prędzej. Pokonanych przeze mnie kilometrów jest coraz więcej. Ledwie zdążyłam wrócić z laboratorium w Krakowie (o czym jeszcze opowiem), a już za chwilę byłam w drodze do Łodzi. Obrazy – inaczej niż ludzie – nie gustują w podróżach, ale czasem, gdy nie ma innego wyjścia, trzeba im zafundować przejażdżkę.

Niestety nasze muzeum nie posiada rentgena. Koledzy w Krakowie bardzo mi pomogli, wykonując dla mnie serię fotografii. Są jednak zajęci swoją pracą, więc zrobili, co mogli i na tym koniec. Musiałam zatem poszukać innych rozwiązań. Dzięki pomocy i uprzejmości naszej Dyrekcji i sponsora oraz dyrektora SZPITALA (sic!) udało się!

No więc zapakowałam się i pojechałam z moimi nietypowymi pacjentami do Szpitala Powiatowego w Brzezinach. Ale była jazda! Bardzo się nami tam zaopiekowano. Pacjent był cierpliwy i się nie ruszał, nie oddychał i nie zrzędził, ale mimo to sprawiał trudności. Ustawienie odpowiednich parametrów zajęło dłuższą chwilę, ale trafiło na mistrza – Pana Bogdana, który wykazując się cierpliwością, wyjątkową precyzją i profesjonalizmem, zrobił arcypiękne i dokładne fotografie przywiezionych przez nas obrazów.
Opuściliśmy Brzeziny bogatsi w dobre wspomnienia o wspaniałych, oddanych swojej pracy ludziach – pasjonatach i miłośnikach sztuki. Ja mam kolejne jedenaście obrazów, o których dowiedziałam się czegoś nowego, a zebrana dokumentacja zasili muzealną bazę danych. Hura!

I tak krok po kroku, kilometr po kilometrze, niczym w pędzącym pociągu, z wiatrem we włosach i obłędem w oczach… trwa budowanie wystawy.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Zdyszany rytm dnia…

Koleż-Anka złapała mnie na korytarzu i zapytała: „Kiedy napiszesz, co robisz? Ciągle gdzieś biegasz… Usiądź i napisz!”.

No więc piszę.

W gorączce codzienności staram się zapanować nad czasem, jaki pozostał do przygotowania wystawy Aleksandra Gierymskiego. Wydeptuję drogi i dróżki między muzeami, domami aukcyjnymi, kolekcjonerami i tymi, którzy posiadają jakiś ułamek z twórczości mistrza. Żeby poznać to malarstwo – chociażby powierzchownie – trzeba je zobaczyć, dotknąć, zrozumieć, na co się patrzy. Do takiego spotkania należy się dobrze przygotować. Gierymski zaskoczył mnie już podczas pracy nad konserwacją Pomarańczarki, ale teraz to uczucie nie opuszcza mnie ani na chwilę. Bardzo bym chciała wydobyć na światło postać tego artysty. Pokazać jego zamyśloną twarz i zapracowane, ubrudzone farbą dłonie. Przemierzam wraz z koleżankami kraj. Współpracuję z laboratorium Muzeum Narodowego w Krakowie. Poznaję i pracuję z kolegami konserwatorami od Gdańska przez Łódź aż po Katowice. Śmigają między nami pisma, maile, dzwonią telefony. Przeglądamy sterty dokumentów, dziesiątki fotografii.

A pomiędzy tym wszystkim stoję w kolejkach po bilety, spędzam godziny w pociągach, z komputerem na kolanach, chodzę niedospana, bo w hotelach często nie mogę zasnąć. Potem jest oglądanie obrazów i pojawiająca się rosnąca liczba pytań, na które trudno znaleźć odpowiedź. Codzienność…

Ten autor łamie stereotypy, do jakich przywykliśmy, myśląc o dziewiętnastowiecznych malarzach. Gierymski jest niekonwencjonalny pod każdym względem. Zmusza nas do myślenia, do pracy z otwartym umysłem, dopuszczającym wszystkie możliwości (i niemożliwości). Trzeba w sobie pokonać barierę stereotypowego myślenia o malarstwie, technice, konserwacji i historii. I poniekąd to jest właśnie najtrudniejsze zadanie, żeby świeżym okiem zobaczyć coś, na co się patrzy codziennie.

A muzeum…? Muzeum żyje własnym szybkim tętnem dnia. Przed chwilą przejmowaliśmy opiekę nad dziełami Rothki, a już szykują się kolejne wystawy, które będą pokazywane zarówno w Gmachu Głównym, jak i w kraju, a także w ośrodkach zagranicznych.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Niczym słoń w składzie porcelany

Trochę dawno nie pisałam… Co poniekąd oznacza, że dużo biegałam. W pracowni przestojów nie ma. Ciągle coś się dzieje (z tzw. bieżących spraw do natychmiastowego załatwienia). A przecież wszyscy wiemy, że konserwacja wymaga czasu i skupienia. No to skupiamy się szybko i biegamy też szybko, tak żeby na nasze działanie na konserwowanym obiekcie pozostało nam wystarczająco dużo czasu.

Ostatnio trafił do naszej pracowni przysłowiowy słoń. Przybrał postać obrazu pod tytułem Przysięga królowej Jadwigi Józefa Simmlera. Przy okazji poprzednich wpisów i załączonych fotografii mogliście się zorientować, że pomieszczenie, w którym pracujemy do największych nie należy, a większą jego część zajmują całkiem spore stoły – w tym dublażowy.

Nasze słoniątko mierzy sobie 289,5 × 214,5 cm bez rozwiniętych krajek. A trzeba go było zdjąć z krosna, co automatycznie powiększyło jego wymiar o ok. 20 cm (zarówno jeśli chodzi o długość, jak i o szerokość). Możecie więc sobie wyobrazić że podnoszenie, kładzenie czy obracanie takiej powierzchni jest bardzo kłopotliwe. Sufit okazuje się być za niski, a i przejścia między meblami, które nam normalnie wystarczają, stają się w takiej sytuacji ekstremalnie wąskie. A nasz słoń okazuje się być podczas wykonywania tych powietrznych ewolucji zwyczajnie ciężki. Dodatkowo pozbawiony krosna staje się dużym bezwładnym, ale wciąż delikatnym i bezbronnym płótnem.

Bitwa pod Grunwaldem była tak duża, że trzeba było zamknąć salę galeryjną i tam urządzić tymczasową pracownię. Jednak obrazy tej wielkości co Jadwiga są w zbiorach muzealnych dość powszechne i jeśli zachodzi taka potrzeba, trzeba się nimi porządnie zająć. Trudno jednak za każdym razem wyłączać salę galeryjną i urządzać tam pracownię. Mamy więc taką zasadę, że wszystko, co udaje nam się wciągnąć przez ucho igielne, czyli drzwi, jest robione w pracowni. Zrobiłam dla Was kilka fotografii, żeby pokazać naszego słonia, który poddał się cierpliwie naszym usilnym, ale nie bezsilnym (sic!) zabiegom.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Problemy ze współczesnością

Zainteresowani wiedzą (a niezainteresowani się dowiedzą), że 18 stycznia br. nastąpiło otwarcie „Galerii Współczesnej”, czyli Galerii Sztuki XX i XXI Wieku.

W ramach przygotowań do otwarcia ekspozycji nasza pracownia przeprowadziła szereg konserwacji oraz przygotowała wiele ram i opraw do prezentowanych dzieł. Jedną z ciekawszych realizacji było „Epitafium I” Józefa Szajny. Jest to relief uformowany w utwardzonym gipsem płótnie i osadzony na płóciennym podobraziu.
 

Relief przedstawia tors martwej kobiety i jest wspomnieniem pobytu autora w obozie koncentracyjnym. Sprawiał nam kłopoty, od kiedy trafił do muzeum. Technika wykonania okazała się niestabilna i nietrwała, a waga dość znaczna. Na początku lat 90. zapadł się brzuch, a gips z części przestrzennej popękał i zagrażał osypaniem.

Problem z jego konserwacją nie sprowadzał się do rozwiązania problemów czysto technologicznych, jak to ma miejsce w przypadku obiektów niestandardowych, gdzie teoria konserwacji nijak nie przystaje do teorii sztuki.

Ale zacznę od początku.

W połowie lat 90. Szajna przygotowując się do wystawy retrospektywnej w Teatrze „Studio”, wystąpił do MNW o wypożyczenie prac będących w naszych zasobach. Z powodu złego stanu otrzymał odmowę wypożyczenia „Epitafium I”. Nie zraził się tym jednak i po kilku dniach pojawił się w muzeum. Poinformowany o postępującej destrukcji dzieła bynajmniej się nie zmartwił, a wręcz przeciwnie, ucieszył się. Opowiedział mi, jak zaprojektował technikę wykonania, tak by obiekt starzał się razem z nim, a najlepiej razem z nim umarł. Mruknąłem coś o wpisie do inwentarza i o sprawach własnościowych, oraz o tym, że ja, konserwator nigdy nie pogodzę się z degradacją obiektu znajdującego się w muzealnym inwentarzu.

Dziś, kiedy autor już nie żyje, zobowiązani do uszanowania jego woli, określiliśmy formułę ograniczonej konserwacji zabezpieczającej. Po jej zrealizowaniu obiekt nadal „żyje”, czyli reaguje na warunki zewnętrzne i nie jest w pełni stabilny. Poddany konserwacji standardowej straciłby urok delikatnej i kruchej równowagi, a widz utraciłby poczucie nieubłaganie upływającego czasu, które zostało wpisane w to dzieło sztuki.

Piotr Lisowski
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

 

Sezon na pomarańcze

Kochani!

Moja praca dobiegła końca. Pomarańczarka wraca na należne jej miejsce w Galerii Sztuki XIX Wieku, by tam przywoływać nastrój dawnej Warszawy i roztaczać zapach zwilżonych jesienną mgłą pomarańczy. Ja też wracam. Z dalekiej podróży w czasie, jaką obie odbyłyśmy. Żmudna i trudna to była praca, ale mam nadzieję, że pan Gierymski, by się nie pogniewał i nie obraził na jej efekt.

Długo nie pisałam o tym, co robię, ale przecież trudno ciągle pisać – w końcu jestem konserwatorem. Retuszuję, retuszuję i jeszcze raz retuszuję… Tak jak już powiedziałam, goniłam za ostatnimi promieniami jesiennego słońca. Przypalałam sobie kark, siedząc przy oknie w gabinecie szefowej, ale udało się. Ta naturalna lampa oświetliła mi tak dobrze warstwę malarską, że mogłam nabudować retusze, niemal odtwarzając warstwowość oryginału. Nie jest bowiem tak, że wystarczy spojrzeć na obraz z lotu ptaka – dostosować do niego retusz… i gotowe. W tym wypadku należało przeanalizować to, co autor namalował na „spodzie”, potem kolejno wszystkie następne warstwy, a następnie spróbować to powtórzyć. Wszelkie próby pójścia na skróty powodowały, że musiałam powtarzać retusz. „Babcia” do końca robiła za nauczycielkę, która swojego niesfornego ucznia strofowała, uderzając przysłowiową linijką po palcach…

Pracę kończyłam w pracowni przy świetle lampy do retuszu. Obraz dostał nową, ale starą ramę. Pamiętacie? Przywiozłam go bez ramy. Znaleźliśmy podobną w stylu do oryginalnej (znanej z fotografii archiwalnej) w magazynie. Koleżanka zrobiła jej konserwację. Teraz mamy już komplet. Jak wygląda – zobaczycie i ocenicie sami.

Dla mnie była to pasjonująca przygoda i podróż w nieznane. Poniekąd każda rozległa konserwacja jest taką podróżą. Jak każda nowa droga uczy nas czegoś o nas samych, o otaczającym nas świecie i ludziach. Różne rzeczy się nam po drodze przytrafiają. Niektóre śmieszne, niektóre smutne. Wracamy ci sami, ale nie tacy sami. Podobnie jest ze mną. Teraz już czas pożegnać się z tym obrazem mieszkającym ze mną w pracowni ponad rok i oddać go Waszym oczom. Mam nadzieję, że patrzenie na niego sprawi Wam równie dużo przyjemności, co mnie. W ten przedświąteczny czas nie zapomnijcie wpaść w odwiedziny do Babci, która na pewno poczęstuje Was świeżymi pomarańczami i może coś Wam opowie, czego jeszcze nie opowiedziała mnie…

A ja wyruszam w dalszą konserwatorską drogę. Będę podążać za panem Aleksandrem i jego obrazami podróży po Europie, żeby w maju 2014 roku spotkać je wszystkie w Warszawie na wystawie monograficznej.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

 

Werniks? Werniks! Och ten werniks…

Kochani!

Ostatnio było o przemalowaniu, ale podczas Pikniku Grunwaldzkiego padło stwierdzenie, do którego chcę powrócić.

­– Obraz jest teraz bardziej kolorowy…!

Spróbujmy się zastanowić nad tym, dlaczego jest on bardziej kolorowy niż był przed konserwacją. Pytanie to dotyczy nie tylko Grunwaldu, ale i wielu innych obrazów, które przechodzą przez ręce konserwatorów. Tym razem również przygotowałam kilka fotografii, które lepiej wszystko zilustrują. Zacznijmy od tego, że większość obrazów ­– szczególnie tych starszych – pokrytych jest werniksem. Werniksy są roztworami substancji organicznych (jak np. damara czy mastyks) w rozpuszczalnikach organicznych z dodatkami olejów schnących. Mogą być wieloskładnikowe oparte na żywicach naturalnych, jak i sztucznych (co obecnie przeważa w handlu). Są przezroczyste. Najlepiej jak są bezbarwne. To moje wyjaśnienie oczywiście jest bardzo ogólne i ma na celu jedynie zasygnalizowanie, co też na powierzchni obrazu tak odbija światło, że czasem trudno przyjrzeć się samemu dziełu. Jeżeli zresztą tak się dzieje, to oznacza, że obraz został albo nieumiejętnie podświetlony, albo nie za dobrze dobrano werniks. Werniks nie jest bowiem po to, żeby zakłócać odbiór kompozycji. Wręcz przeciwnie. Jego warstwa działa trochę jak soczewka – poprzez wydobycie niuansów barwnych. Kolory zyskują głębsze nasycenie i dają wrażenie przestrzenności. Chociaż artyści nie zawsze sobie tego życzą. Należy wówczas zabezpieczyć obraz w taki sposób, żeby nie naruszyć zamysłu malarza. Można powiedzieć, że poza tym werniks jest jak tarcza. Broni i chroni warstwę malarską. Jak wiemy wszystko w przyrodzie się starzeje, farby również. Nie tylko twardnieją czy pękają, ale również blakną, czyli tracą swoje pierwotne nasycenie i ton. Ponieważ dzieje się tak z całą kompozycją, to nie postrzegamy zmian, bo wszystko wydaje się „na miejscu”. Obraz, który świeżo „zszedł” ze sztalugi, już rok później wygląda troszeczkę inaczej, a im dalej w las, tym zmiany większe. Dlaczego? Musimy pamiętać o kurzu, który na nim osiada, świetle, które zawartym w sobie ultrafioletem sprawia, że barwy „płowieją”, a też papierosy, które palimy w jego otoczeniu zostawiają na farbie brązową smółkę. Tak się dzieje, gdy werniksu nie ma. Sytuacja jest podobna, gdy werniks jest, ale wtedy to on bierze na siebie całą brudną robotę. Farba ulega zmianom – bo musi, ale dzieje się to dużo, dużo wolniej. Szybciej natomiast zmienia się werniks. To on żółknie, czasem staje się mniej przejrzysty, gdy w otoczeniu obrazu jest wilgotno, „zbiera” na sobie kurz i wszelkie zanieczyszczenia powietrza. W efekcie końcowym, któregoś pięknego dnia odkrywamy, że obraz, który w naszej pamięci i opowiadaniach był kolorowy, już taki nie jest. Zgłaszamy się wtedy do konserwatora, bo mamy „popsuty” obraz. Pamiętajcie, że obrazy nabawiają się w czasie swojego czasem długiego życia różnego typu nawarstwień, reperacji, szerokich retuszy czy wręcz przemalowań; to wszystko w połączeniu z brudnym, zmienionym kolorystycznie, werniksem może pozbawić nas przyjemności oglądania obrazów takimi, jakimi stworzyli je malarze. Nie jest to jednak katastrofa, ponieważ można te wszystkie naleciałości i brudy umiejętnie usunąć. A efekt…? Życzę wszystkim, żeby obrazy po konserwacji zawsze cieszyły nasze oczy soczystością barw, podobnie jak Grunwald.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Przemalowanie

Kochani!

Piknik Grunwaldzki dał mi kilka tematów do przemyśleń. Fajnie, że do nas przyszliście i nie obawialiście się łapać konserwatora za mankiet, żeby coś opowiedział, wyjaśnił czy pokazał. To nam wszystkim dużo dało. Zarówno przyjemności, jak i możliwości podzielenia się tym, czym byliśmy bez reszty pochłonięci przez ostatnie dwa lata.

Przy tej okazji stało się dla mnie jasne, że kilka pojęć należy dokładniej omówić. To może dzisiaj powiem troszkę więcej o czymś, co przysparza najwięcej problemów, a jest nim PRZEMALOWANIE.

Przemalowanie, moi Drodzy, jest w konserwacji zjawiskiem wysoce negatywnym. Czasami dało się słyszeć wśród widzów podchodzących do obrazu pytania, uwagi czy komentarze tego rodzaju:
– Czy jest jeszcze coś z Matejki w tym Matejce?
– Jak oni to przemalowali?!? Obraz jest teraz bardziej kolorowy…
– Czy to jest jeszcze prawdziwe…?

Padało jeszcze wiele innych komentarzy, ale dzisiaj, jak już mówiłam, skupimy się na przemalowaniu.

Cóż, żyjąc w świecie podróbek i bylejakości, we wszystkim doszukujemy się potencjalnego „oszukaństwa”.

Postaram się przybliżyć, czym jest retusz, a czym przemalowanie na załączonych fotografiach. Chcę jednak jeszcze raz wrócić do tego, że konserwator uzupełnia to, czego nie ma, a w to, co jest stara się ingerować jedynie w stopniu koniecznym. Koncentrujemy się bowiem głównie na bezpieczeństwie technicznym dzieła sztuki. Obserwujemy i pracujemy na wszystkich warstwach tej „kanapki”, zawsze starając się uszanować koncepcję autora.

Posłużę się przykładową fotografią ubytku warstwy malarskiej i gruntu. Ma on konkretny kształt i parametry fizyczne takie jak szerokość, długość i głębokość – można powiedzieć, że przypomina wyschnięte jezioro. Na jego spodzie widzimy płótno, w tym konkretnym przypadku oryginalne (fot. 1). Wypełniamy ten ubytek kitem, starając się by jego faktura była zgodna z otoczeniem. Jest to ważne z różnych względów. Jest on tak gruby jak warstwa gruntu wraz z warstwą malarską. Farby retuszerskie dają bardzo niewielką grubość, dlatego nie możemy budować z nich impastów (które musimy wybudować kitem). Kit jest dopasowany dokładnie do krawędzi ubytku. Prawidłowo wykonany retusz również wpasuje się dokładnie w te krawędzie (fot. 2).

PS. O Pomarańczarce na razie nie piszę. Retuszuję i trzymam ją nieco w tajemnicy. Mam nadzieję, że już stosunkowo niedługo będziecie się mogli cieszyć tym niezwykłym obrazem Aleksandra Gierymskiego.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Koniec pewnej bajki

Kochani!

Zastanawiam się, jak się ta bajka zaczynała… Czy była to bajka o smoku ziejącym ogniem? Chyba jednak nie, pomimo źle wróżącego początku… Może była to bitwa…? A może samo życie?

A może trzeba zacytować Lukrecjusza, który w swoim dziele O naturze rzeczy pisał:

          Trwa materia, by mogły z niej powstać z nowym wiekiem
          Nowe pokolenia, by rosły i twoim śladem
          Idąc, ten sam znalazły rozkwit i upadek.

Udało nam się! Przedłużyliśmy trwanie materii, a wraz z nią, pamiątkę historii zapisanej pędzlem. Zakończyły się dwa lata ciężkiej, mozolnej i wyczerpującej pracy, żeby „przekazać pałeczkę” naszym następcom. Zabrzmiało bardzo pompatycznie, co nie?
Ale te dwa lata poza pracą, twórczymi awanturkami i robieniem niejednokrotnie za samobieżne dźwigi, suwnice i prasy… były również usiane kaskadami śmiechu. Całkiem nieźle nam szła nauka śmiania się z samych siebie. Biegając w swoich białych kombinezonach – fajnych w zimę, bo cieplej, w lecie robiących za szczelne dresy do odchudzania. Ile to było śmiechu, gdy nasze galowe ubranka, zawsze trochę przyduże, a to pękały przy nachylaniu się, a to obwisały tak, że siedzenie Pań wypadało niemal w zgięciu kolan. Zaplamione różnymi substancjami szybko traciły swą nieskalaną biel, wypychając się i deformując w najbardziej używanych miejscach. Koleżanki – kobiety dbałe o wygląd – spinały i przewiązywały te ubranka typowo damskimi dodatkami jak spinki czy paseczki w panterkę. Mogliście zobaczyć taką elegancką drużynę kosmonautów paradującą przez muzeum. Śmialiśmy się, kiedy cały zespół po raz pierwszy ubrał się od stóp do głów i założył półmaski z filtrami. Wtedy przypominaliśmy już kosmiczne owady. Śmialiśmy się, wspinając się na rusztowania i biegając po sali na bosaka, bo było nam za gorąco. Pokrzykiwaliśmy na siebie, żeby za chwilę niemal tarzać się ze śmiechu, kiedy ktoś nam zniknął pod nasuwanym właśnie na obraz płótnem dublażowym, a to, co mogliśmy zobaczyć wyglądało jak księżyc w pełni, spod którego wystają lekko przykurzone gołe stopy. Retusz miejsc intymnych konia również wywołał zarówno ożywioną dyskusję, jak i był przyczynkiem do niezliczonych żartów… A historia ze zgubionym na Grunwaldzie sercem…?! Przy okazji zgrzewania włókniny koleżanka po skończonej pracy zorientowała się, że ma dziurę w kombinezonie i że zgubiła srebrne serduszko z wisiorka. Cały zespół rzucił się na kolana w poszukiwaniu zguby i rozpełzł się po sali. Wtopiliśmy nasze serca w obraz, ale żeby tak jeszcze w straty materialne iść…? Tam i tak dużo metalu w zbrojach i mieczach, a obecność takiego drobiazgu wgrzanego w obraz nikogo by nie ucieszyła. Kiedy serce zostało odnalezione, wszyscy poczuli ulgę, a sytuację skwitowali gromkim śmiechem.

I tak kończy się ta bajka…

I można by powiedzieć – „ i ja tam byłam, miód i wino piłam…”

Wina i miodu nie było, ale kamyczek do ogrodu pamięci wpadł i zostanie z nami na zawsze.

Dziękujemy, że byliście z nami przez te dwa lata. Dzieliliście z nami troski i cieszyliście się naszymi sukcesami.

 

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Biegiem do mety…

Kochani!
Czy ostatnio było coś o górach? To jeszcze będzie…

Jeśli chodzicie po górach, to wiecie, że nie wystarczy wdrapać się na jakikolwiek szczyt czy wzniesienie. Trzeba z nich jeszcze zejść. I czasem jest tak, że zarówno wejście, jak i zejście są bardzo trudne. „Trudność” góry nie musi więc być związana z jej wysokością, a ze specyfiką ukształtowania terenu, który wyrósł nam przed oczami i stopami. Rok, podczas którego ślęczę nad Pomarańczarką pozostanie w mojej pamięci rokiem pod znakiem góry…

Mirosław Falco Dąsal napisał książkę Każdemu jego Everest. Coś w tym jest… Moja góra miała nawet dwa wierzchołki, bo nie zapominajcie o naszej pracy przy Bitwie pod Grunwaldem.
Kiedy przypadł szczyt Pomarańczarki? Myślę, że w chwili, kiedy udało się ją scalić strukturalnie, a ja po raz pierwszy mogłam unieść obraz bez zabezpieczeń, choć nie bez obaw. Była to krótka chwila, w której zyskałam nową porcję nadziei, że już będzie z górki. No cóż, ale jak już wiemy schodzenie wcale nie jest łatwiejsze od wdrapywania się. Jest po prostu inne. Obciążenia są niejednokrotnie równie duże, a i o nogach nie można powiedzieć, że bolą mniej. Wyprawę można jednak uznać za sukces, kiedy człowiek cały, zdrowy, szczęśliwy, choć zmęczony dochodzi na kolację. Ja jeszcze na swoją kolację muszę chwilę iść.

Na razie skończyłam zakładać kity. W tym tygodniu zawerniksowałam obraz i zaczęłam retuszować ubytki.

Kity, jak już niejednokrotnie wspominałam, to istotny i wielokrotnie niedoceniany „drobiazg” w karcie dań, czyli puli zabiegów konserwatorskich. Źle czy niedbale założone kity nie raz drażnią oglądających swoją niedopasowaną do charakteru obrazu powierzchnią. Opracowanie powierzchni kitów na Pomarańczarce zajęło mi pięć tygodni. Bardzo się starałam, żeby wtopiły się w otoczenie. Efekty ocenicie sami. Położenie werniksu to dla mnie zawsze piękny, choć niełatwy moment. Zmienia się radykalnie optyka obrazu. Nabiera on głębi koloru, powietrza, staje się przestrzenny. Nazywam tę chwilę budzeniem motyla. To bardzo przyjemne. A teraz już retusz – oczywiście, tylko w miejscach ubytków farby. Wybrałam retusz naśladowczy. Wszyscy wiemy, że obraz dużo przeszedł. Nie chciałam dodatkowo podkreślać miejsc z „problemami”, tylko scalić kompozycję, tak, by efekty mojej pracy „wtopiły się” w oryginalną warstwę malarską. By widz, oglądając obraz mógł skupić się wyłącznie na kunszcie i zamyśle autora. Nie chciałam wprowadzać dodatkowego rozwibrowania czy rozbicia formy malarskiej retuszem graficznym. Trudność tego etapu polega na tym, że kolorystyka obrazu jest nasycona, ciemne partie mają głęboki, czysty i soczysty koloryt. Farby retuszerskie natomiast wyglądają w takich miejscach płasko i martwo. Nad ciemnymi partiami będę pracowała w świetle słonecznym, bo nie ma jaśniejszej „lampy”, która przebije się przez te niuanse. Spieszę się troszeczkę, bo tak jak kończą się wakacje, tak i lato się kończy, więc słońca będzie coraz mniej.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie