Zdyszany rytm dnia…

Koleż-Anka złapała mnie na korytarzu i zapytała: „Kiedy napiszesz, co robisz? Ciągle gdzieś biegasz… Usiądź i napisz!”.

No więc piszę.

W gorączce codzienności staram się zapanować nad czasem, jaki pozostał do przygotowania wystawy Aleksandra Gierymskiego. Wydeptuję drogi i dróżki między muzeami, domami aukcyjnymi, kolekcjonerami i tymi, którzy posiadają jakiś ułamek z twórczości mistrza. Żeby poznać to malarstwo – chociażby powierzchownie – trzeba je zobaczyć, dotknąć, zrozumieć, na co się patrzy. Do takiego spotkania należy się dobrze przygotować. Gierymski zaskoczył mnie już podczas pracy nad konserwacją Pomarańczarki, ale teraz to uczucie nie opuszcza mnie ani na chwilę. Bardzo bym chciała wydobyć na światło postać tego artysty. Pokazać jego zamyśloną twarz i zapracowane, ubrudzone farbą dłonie. Przemierzam wraz z koleżankami kraj. Współpracuję z laboratorium Muzeum Narodowego w Krakowie. Poznaję i pracuję z kolegami konserwatorami od Gdańska przez Łódź aż po Katowice. Śmigają między nami pisma, maile, dzwonią telefony. Przeglądamy sterty dokumentów, dziesiątki fotografii.

A pomiędzy tym wszystkim stoję w kolejkach po bilety, spędzam godziny w pociągach, z komputerem na kolanach, chodzę niedospana, bo w hotelach często nie mogę zasnąć. Potem jest oglądanie obrazów i pojawiająca się rosnąca liczba pytań, na które trudno znaleźć odpowiedź. Codzienność…

Ten autor łamie stereotypy, do jakich przywykliśmy, myśląc o dziewiętnastowiecznych malarzach. Gierymski jest niekonwencjonalny pod każdym względem. Zmusza nas do myślenia, do pracy z otwartym umysłem, dopuszczającym wszystkie możliwości (i niemożliwości). Trzeba w sobie pokonać barierę stereotypowego myślenia o malarstwie, technice, konserwacji i historii. I poniekąd to jest właśnie najtrudniejsze zadanie, żeby świeżym okiem zobaczyć coś, na co się patrzy codziennie.

A muzeum…? Muzeum żyje własnym szybkim tętnem dnia. Przed chwilą przejmowaliśmy opiekę nad dziełami Rothki, a już szykują się kolejne wystawy, które będą pokazywane zarówno w Gmachu Głównym, jak i w kraju, a także w ośrodkach zagranicznych.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Sezon na pomarańcze

Kochani!

Moja praca dobiegła końca. Pomarańczarka wraca na należne jej miejsce w Galerii Sztuki XIX Wieku, by tam przywoływać nastrój dawnej Warszawy i roztaczać zapach zwilżonych jesienną mgłą pomarańczy. Ja też wracam. Z dalekiej podróży w czasie, jaką obie odbyłyśmy. Żmudna i trudna to była praca, ale mam nadzieję, że pan Gierymski, by się nie pogniewał i nie obraził na jej efekt.

Długo nie pisałam o tym, co robię, ale przecież trudno ciągle pisać – w końcu jestem konserwatorem. Retuszuję, retuszuję i jeszcze raz retuszuję… Tak jak już powiedziałam, goniłam za ostatnimi promieniami jesiennego słońca. Przypalałam sobie kark, siedząc przy oknie w gabinecie szefowej, ale udało się. Ta naturalna lampa oświetliła mi tak dobrze warstwę malarską, że mogłam nabudować retusze, niemal odtwarzając warstwowość oryginału. Nie jest bowiem tak, że wystarczy spojrzeć na obraz z lotu ptaka – dostosować do niego retusz… i gotowe. W tym wypadku należało przeanalizować to, co autor namalował na „spodzie”, potem kolejno wszystkie następne warstwy, a następnie spróbować to powtórzyć. Wszelkie próby pójścia na skróty powodowały, że musiałam powtarzać retusz. „Babcia” do końca robiła za nauczycielkę, która swojego niesfornego ucznia strofowała, uderzając przysłowiową linijką po palcach…

Pracę kończyłam w pracowni przy świetle lampy do retuszu. Obraz dostał nową, ale starą ramę. Pamiętacie? Przywiozłam go bez ramy. Znaleźliśmy podobną w stylu do oryginalnej (znanej z fotografii archiwalnej) w magazynie. Koleżanka zrobiła jej konserwację. Teraz mamy już komplet. Jak wygląda – zobaczycie i ocenicie sami.

Dla mnie była to pasjonująca przygoda i podróż w nieznane. Poniekąd każda rozległa konserwacja jest taką podróżą. Jak każda nowa droga uczy nas czegoś o nas samych, o otaczającym nas świecie i ludziach. Różne rzeczy się nam po drodze przytrafiają. Niektóre śmieszne, niektóre smutne. Wracamy ci sami, ale nie tacy sami. Podobnie jest ze mną. Teraz już czas pożegnać się z tym obrazem mieszkającym ze mną w pracowni ponad rok i oddać go Waszym oczom. Mam nadzieję, że patrzenie na niego sprawi Wam równie dużo przyjemności, co mnie. W ten przedświąteczny czas nie zapomnijcie wpaść w odwiedziny do Babci, która na pewno poczęstuje Was świeżymi pomarańczami i może coś Wam opowie, czego jeszcze nie opowiedziała mnie…

A ja wyruszam w dalszą konserwatorską drogę. Będę podążać za panem Aleksandrem i jego obrazami podróży po Europie, żeby w maju 2014 roku spotkać je wszystkie w Warszawie na wystawie monograficznej.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

 

Przemalowanie

Kochani!

Piknik Grunwaldzki dał mi kilka tematów do przemyśleń. Fajnie, że do nas przyszliście i nie obawialiście się łapać konserwatora za mankiet, żeby coś opowiedział, wyjaśnił czy pokazał. To nam wszystkim dużo dało. Zarówno przyjemności, jak i możliwości podzielenia się tym, czym byliśmy bez reszty pochłonięci przez ostatnie dwa lata.

Przy tej okazji stało się dla mnie jasne, że kilka pojęć należy dokładniej omówić. To może dzisiaj powiem troszkę więcej o czymś, co przysparza najwięcej problemów, a jest nim PRZEMALOWANIE.

Przemalowanie, moi Drodzy, jest w konserwacji zjawiskiem wysoce negatywnym. Czasami dało się słyszeć wśród widzów podchodzących do obrazu pytania, uwagi czy komentarze tego rodzaju:
– Czy jest jeszcze coś z Matejki w tym Matejce?
– Jak oni to przemalowali?!? Obraz jest teraz bardziej kolorowy…
– Czy to jest jeszcze prawdziwe…?

Padało jeszcze wiele innych komentarzy, ale dzisiaj, jak już mówiłam, skupimy się na przemalowaniu.

Cóż, żyjąc w świecie podróbek i bylejakości, we wszystkim doszukujemy się potencjalnego „oszukaństwa”.

Postaram się przybliżyć, czym jest retusz, a czym przemalowanie na załączonych fotografiach. Chcę jednak jeszcze raz wrócić do tego, że konserwator uzupełnia to, czego nie ma, a w to, co jest stara się ingerować jedynie w stopniu koniecznym. Koncentrujemy się bowiem głównie na bezpieczeństwie technicznym dzieła sztuki. Obserwujemy i pracujemy na wszystkich warstwach tej „kanapki”, zawsze starając się uszanować koncepcję autora.

Posłużę się przykładową fotografią ubytku warstwy malarskiej i gruntu. Ma on konkretny kształt i parametry fizyczne takie jak szerokość, długość i głębokość – można powiedzieć, że przypomina wyschnięte jezioro. Na jego spodzie widzimy płótno, w tym konkretnym przypadku oryginalne (fot. 1). Wypełniamy ten ubytek kitem, starając się by jego faktura była zgodna z otoczeniem. Jest to ważne z różnych względów. Jest on tak gruby jak warstwa gruntu wraz z warstwą malarską. Farby retuszerskie dają bardzo niewielką grubość, dlatego nie możemy budować z nich impastów (które musimy wybudować kitem). Kit jest dopasowany dokładnie do krawędzi ubytku. Prawidłowo wykonany retusz również wpasuje się dokładnie w te krawędzie (fot. 2).

PS. O Pomarańczarce na razie nie piszę. Retuszuję i trzymam ją nieco w tajemnicy. Mam nadzieję, że już stosunkowo niedługo będziecie się mogli cieszyć tym niezwykłym obrazem Aleksandra Gierymskiego.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Biegiem do mety…

Kochani!
Czy ostatnio było coś o górach? To jeszcze będzie…

Jeśli chodzicie po górach, to wiecie, że nie wystarczy wdrapać się na jakikolwiek szczyt czy wzniesienie. Trzeba z nich jeszcze zejść. I czasem jest tak, że zarówno wejście, jak i zejście są bardzo trudne. „Trudność” góry nie musi więc być związana z jej wysokością, a ze specyfiką ukształtowania terenu, który wyrósł nam przed oczami i stopami. Rok, podczas którego ślęczę nad Pomarańczarką pozostanie w mojej pamięci rokiem pod znakiem góry…

Mirosław Falco Dąsal napisał książkę Każdemu jego Everest. Coś w tym jest… Moja góra miała nawet dwa wierzchołki, bo nie zapominajcie o naszej pracy przy Bitwie pod Grunwaldem.
Kiedy przypadł szczyt Pomarańczarki? Myślę, że w chwili, kiedy udało się ją scalić strukturalnie, a ja po raz pierwszy mogłam unieść obraz bez zabezpieczeń, choć nie bez obaw. Była to krótka chwila, w której zyskałam nową porcję nadziei, że już będzie z górki. No cóż, ale jak już wiemy schodzenie wcale nie jest łatwiejsze od wdrapywania się. Jest po prostu inne. Obciążenia są niejednokrotnie równie duże, a i o nogach nie można powiedzieć, że bolą mniej. Wyprawę można jednak uznać za sukces, kiedy człowiek cały, zdrowy, szczęśliwy, choć zmęczony dochodzi na kolację. Ja jeszcze na swoją kolację muszę chwilę iść.

Na razie skończyłam zakładać kity. W tym tygodniu zawerniksowałam obraz i zaczęłam retuszować ubytki.

Kity, jak już niejednokrotnie wspominałam, to istotny i wielokrotnie niedoceniany „drobiazg” w karcie dań, czyli puli zabiegów konserwatorskich. Źle czy niedbale założone kity nie raz drażnią oglądających swoją niedopasowaną do charakteru obrazu powierzchnią. Opracowanie powierzchni kitów na Pomarańczarce zajęło mi pięć tygodni. Bardzo się starałam, żeby wtopiły się w otoczenie. Efekty ocenicie sami. Położenie werniksu to dla mnie zawsze piękny, choć niełatwy moment. Zmienia się radykalnie optyka obrazu. Nabiera on głębi koloru, powietrza, staje się przestrzenny. Nazywam tę chwilę budzeniem motyla. To bardzo przyjemne. A teraz już retusz – oczywiście, tylko w miejscach ubytków farby. Wybrałam retusz naśladowczy. Wszyscy wiemy, że obraz dużo przeszedł. Nie chciałam dodatkowo podkreślać miejsc z „problemami”, tylko scalić kompozycję, tak, by efekty mojej pracy „wtopiły się” w oryginalną warstwę malarską. By widz, oglądając obraz mógł skupić się wyłącznie na kunszcie i zamyśle autora. Nie chciałam wprowadzać dodatkowego rozwibrowania czy rozbicia formy malarskiej retuszem graficznym. Trudność tego etapu polega na tym, że kolorystyka obrazu jest nasycona, ciemne partie mają głęboki, czysty i soczysty koloryt. Farby retuszerskie natomiast wyglądają w takich miejscach płasko i martwo. Nad ciemnymi partiami będę pracowała w świetle słonecznym, bo nie ma jaśniejszej „lampy”, która przebije się przez te niuanse. Spieszę się troszeczkę, bo tak jak kończą się wakacje, tak i lato się kończy, więc słońca będzie coraz mniej.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Patrz tam, gdzie wzrok nie sięga…

Kochani!

Konserwacja ma w sobie coś z wdrapywania się na szczyty gór lub patrzenia na morski horyzont. Wydaje się, że widoki są różne, ale jednak coś je łączy. To daleka perspektywa, zarówno czasu, jak i przestrzeni.

Stojąc mocno na nogach teraźniejszości, patrzymy i pracujemy, wpatrzeni w przyszłość. Aby nasze cele mogły zostać zrealizowane, musimy stawiać na jakość. Czy zauważyliście, idąc do sklepów i robiąc zakupy, że poczynając od drobiazgów, poprzez ubrania, sprzęt AGD, itd., elementem łączącym ten zbiór jest brak jakości? Nie chodzi już o to, by marka bazowała na jakości. Towar jest kreowany na jeden sezon lub na czas trwania gwarancji. Potem klient powinien kupić nowy towar. Takie są nasze czasy.
Konserwacja natomiast musi być oparta na jakości i bardzo wysokich standardach. W przeciwnym razie nie ma sensu. Pracujemy na przedmiotach jedynych w swoim rodzaju, pojedynczych, unikatowych, zaszufladkowanych pod etykietą „wspaniały, piękny, niepowtarzalny”…

Pytacie niejednokrotnie, dlaczego tak długo, dlaczego tak drogo, dlaczego są z tym takie „ceregiele”. Otóż właśnie dlatego.

Kończy się dwuletnia praca nad konserwacją Bitwy pod Grunwaldem.
Zakończyliśmy etap retuszu. Konserwatorki pracowały w bardzo ciepłej temperaturze galerii, wspierane serdecznymi uczuciami zwiedzających. Atmosfera była bardzo gorąca. Tak zwaną kreską został zrobiony retusz graficzny, byście mogli rozróżnić miejsca uszkodzone, gdy zbliżycie się do obrazu na krok. Jednak już z perspektywy trzech kroków uzupełnienia warstwy barwnej stają się nierozróżnialne z oryginalną warstwą malarską.
Teraz, etapami, montowana jest rama.

A ja?

Po krótkiej chwili oddechu, wróciłam do zakładania kitów na Pomarańczarce. Żmudne i nie najłatwiejsze to zadanie, które wykonuję pod szkłem powiększającym. Obraz jest mały, ale sami widzieliście, że ma całkiem sporo ubytków – od bardzo drobnych po całkiem duże. A jak już wiemy, każdy kit, każde, nawet najdrobniejsze, uzupełnienie musi dostać fakturę dostosowaną do otoczenia. I tak – znowu wbrew ogólnie panującym modom – dbam, aby moje kity nie „wyróżniały się” spośród otoczenia i nie stanowiły oddzielnego obrazu w obrazie. Bo nic nie powinno zakłócić harmonii tego wysokiej jakości artystycznej dzieła, jakie pozostawił potomnym Aleksander Gierymski.

Anna Lewandowska
konserwator w Pracowni Konserwacji Malarstwa na Płótnie MNW

Jak Feniks z popiołów…

Kochani,

Chwilę się nie odzywałam, ale za to szykowałam małą niespodziankę.

Przed zdublowaniem Pomarańczarki, czyli przed naklejeniem jej na dodatkową – w tym konkretnym przypadku niemal przezroczystą – tkaninę, muszę obraz oczyścić z przemalówek. Oj, dużo tego! Niemal 60% powierzchni warstwy malarskiej uległo w mniejszym lub większym stopniu sile pędzla introligatora, który wykonywał powojenną konserwację. „Uległo”, ponieważ ta praca pędzlem, acz niebywale skuteczna, pozbawiona była wszelkich przejawów precyzji, finezji, czy zwykłej dokładności w doborze koloru. Innymi słowy – obraz został przemalowany po tak zwanej formie (czyli bez zmiany kompozycji). Dlaczego konserwator to zrobił? Żeby ukryć liczne uszkodzenia. No i po coś jeszcze… Na licu, a szczególnie w partii nieba, było bardzo dużo drobnych wykruszeń warstwy malarskiej, której sam był niestety sprawcą. Naklejenie obrazu na sklejkę nie rozwiązało problemu „nietrzymania się” farby, która nadal odpryskiwała. Zastosowanie farby olejnej o zbliżonym „niebkowym” kolorze nie tylko ukryło te wykruszenia, ale jednocześnie skleiło kruchą warstwę malarską.

Muszę wam się przyznać, że te wykopaliska są dla mnie fascynujące. Pomimo wszelkich licznych… No dobrze… Bardzo licznych uszkodzeń… Spod maleńkich przesyconych rozpuszczalnikiem wacików, wyłania się wspaniała i kunsztowna warstwa malarska. Obraz ożywa. Układa się. Ustawia przestrzennie. Pokazują się barwy jasne, przejrzyste, świetliste. W farbie pokazują się różnice nawarstwień, impasty, mięsistość przeciwstawiona lekkim mgiełkom położonym niemal laserunkowo.

Powiem Wam coś. Nie szkoda było ani wysiłków Sponsora, ani nieprzespanych nocy spędzonych na obmyślaniu, co i jak można albo częściej – nie można – zrobić. Dzisiaj odniosłam po raz pierwszy wrażenie, po tych wielu miesiącach pracy, że pomimo wszystko uda się. Obraz zaczął się budzić.

Zrobiłam dla Was kilka fotografii, tak żebyście mogli zobaczyć to, co ja oglądam, i jak to widzę w tej chwili.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Ślimak na wybiegu

Kochani!

Wy czekacie na wieści o Pomarańczarce (taką mam nadzieję…), a ja czekam na akceptację protokołu po ostatniej komisji konserwatorskiej.

Chciałabym Wam kilka rzeczy pokazać w formie filmu, ale z tym muszę jeszcze chwilę zaczekać. Liczę, że dzięki pomocy PZU, bardzo życzliwego mecenasa, uda się nam opowiedzieć i pokazać niejedno pasjonujące przedsięwzięcie.

Ja, wspierana życzliwością i pomocą kolegów oraz kierownictwa, będę uczestniczyć w przygotowaniu wystawy monograficznej Aleksandra Gierymskiego. Pierwotnie otwarcie planowane było na początku przyszłego roku, ale różne okoliczności spowodowały przesunięcie wystawy.

To fascynujący i pasjonujący materiał, a dla konserwatora – spore wyzwanie. Niemal „dwa nagie miecze” wbite tuż „przed nosem”. Będąc nieostrożnym można między nie wpaść niczym między ostrza sieczkarni, ale można je również wyjąć i posłużyć się nimi np. jak kijkami trekingowymi.

A póki co – odsłoniłam Pomarańczarce twarz… W ogóle to już zdążyłam trochę odsłonić i to nawet trochę więcej niż trochę mniej. Jest więc szansa na popędzenie dalej z prędkością ślimaka na wybiegu. Bo czego, jak czego, ale pośpiechu to ten obraz nie lubi.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie

Oko cyklonu

Kochani!
 
Cisza czasami oznacza po prostu uspokojenie, bezruch… Jednak jest jeszcze wśród wielu innych rodzajów ciszy ta, którą określamy „ciszą na morzu”. Jest to uspokojenie chwilowe zwiastujące czające się za plecami żywioły.

Cisza na blogu oznacza, że w salach muzealnych szaleje tajfun – 10 w skali Beauforta. A w zasadzie, to już sama nie wiem, czy to tajfun, czy trąba powietrzna. Dookoła latają wiaderka z farbą, wałki malarskie, stelaże, płyty, wiertarki… A w powietrzu unosi się pył z cyklinowanych podłóg.

W oku cyklonu trwają prace nad konserwacją Grunwaldu – w tym tygodniu obraz zostanie naciągnięty na nowe krosno i zawieszony.

Pomarańczarka „pozbywa się” zabezpieczenia z bibułki japońskiej. Pomalutku, powolutku, stopniowo usuwam zabezpieczenie. Najpierw dwie warstwy, a teraz trzecia – ostatnia, leżąca bezpośrednio na warstwie malarskiej. I znowu nie jest łatwo, i jak zwykle siadając do tego obrazu, muszę „zamknąć wszystkie drzwi i okna”. Pełna koncentracja, skupienie i izolacja. Nawet jeżeli jest to tylko dziesięć minut, między odebraniem telefonu, który nieustannie dzwoni w Pracowni, a biegiem w kierunku Sali Grunwaldzkiej.

I tak wszyscy gonią, wytwarzając własną trąbę powietrzną. A to wracają obiekty z wypożyczeń, a to trzeba przygotować obrazy na wystawę otwierającą, a to trzeba zaopiniować kilkadziesiąt obrazów na kolejne wypożyczenia, jeszcze je przejrzeć i przygotować do drogi oczywiście, a to ktoś zapomniał młotka, a to zabrakło drutu.

– Gdzie te kliny?
– Chyba gdzieś się zawieruszyły.
– Trzeba odkurzyć podłogę!
– A gdzie jest skrzynia narzędziowa? Kto ją zabrał?!

Wieje, wieje, rozpędza się to tornado i im bliżej maja, tym silniej dmie. A mi coraz bardziej się marzy spokojna chwila w oku tego cyklonu. I niech nam się uda, Mili moi, ale bez łez. Chyba że będą to kręcące się w oku łzy wzruszenia.

Anna Lewandowska
Pracownia Konserwacji Malarstwa na Płótnie


 

Od ogółu do szczegółu

Kochani!

Różne ciekawe rzeczy dzieją się w naszym zamkniętym na czas rearanżacji Muzeum. Wszyscy się starają, żeby nowa odsłona galerii przypadła do gustu naszej publiczności, czyli Wam. Chcemy opowiedzieć historię piękna, estetyki, zmieniających się czasów i mód, tak, by każdy mógł tutaj znaleźć coś dla siebie. W przyjaznym i otwartym otoczeniu. Konserwatorzy różnych specjalności mają więc pełne ręce roboty. Następnym razem przybliżę nasz zespół i opowiem co nieco, co też my tu robimy.

A teraz mały skok od ogółu do szczegółu i wracamy do Pomarańczarki.

Piotr naciągnął obraz na krosno pomocnicze za pomocą pasów płóciennych, tak aby był dostęp do całej jego powierzchni. Jednocześnie w ten sposób go unieruchomił.

Ja natomiast wybrałam środek i metodę, czyli nawiązując do tego, co mówiłam ostatnio zdecydowałam się na rodzaj trucizny i sposób, w jaki ją zaaplikuję. Do tego, jak to zrobię nie doszłam jednak drogą przebłysku inteligencji, tylko próbami, jakie wcześniej wykonałam. Upewniłam się również, że nie będę miała problemu z usunięciem zabezpieczenia z bibułki japońskiej. Powolutku, krok po kroku, kawałek po kawałku – wprowadzam impregnat do wnętrza struktury obrazu. Codziennie „robię” jeden kawałek. Rano nanoszę impregnat, a potem przez cały dzień „suszę” płótno. Suszenie polega na wymienianiu co piętnaście minut kawałków silikonowanego papieru, aż do całkowitego wchłonięcia nadmiaru wilgoci. Zaimpregnowany fragment cały czas jest obciążony woreczkami z piaskiem. Jak widzicie – na razie nie mogę się rozstać z tą górą woreczków. Ten etap pracy zajmie mi jeszcze trochę czasu, a potem zobaczymy, co dalej.

Anna Lewandowska
Konserwator
Pracownia Konserwacji Malarstwa Sztalugowego

 

 

 

Frustracja, fascynacja i trucizna

Witajcie ponownie!

Czy mieliście takie momenty, że chciało Wam się wyć do księżyca i bynajmniej nie był to objaw Waszego zachwytu?

Praca nad „Pomarańczarką” jest szalenie frustrująca, ale i… fascynująca Każdy najmniejszy krok naprzód okupiony jest nie tylko wysiłkiem intelektualnym, ale i nie przespanymi nocami. Przechodząc przez kolejne etapy konserwatorskie wchodzimy w następny, ten najtrudniejszy. Nuda w każdym razie nam nie grozi.

Został ukończony etap usuwania sklejki. Przeprowadziliśmy również impregnację, czyli wpuściliśmy w strukturę obrazu klej tak, aby scalić poszczególne jego warstwy. Nie zapominajcie bowiem, że usuwanie sklejki było zabiegiem zmieniającym mechanikę naszej kruchutkiej „kanapki” technologicznej. Odbyła się również kolejna komisja. Dzięki niej mogliśmy określić nasze niepokoje i rozterki. Najprostsze bowiem decyzje przestają być takimi, gdy pamiętamy o czynnikach na które ten obraz jest wrażliwy oraz o stopniu zniszczenia w jakim do nas trafił.

Czy pamiętacie? Obraz jest wrażliwy na: wilgoć, rozpuszczalniki i temperaturę. Prosty dobór impregnatu… i już mamy problem. Impregnaty to dyspersje wodne lub takie, które trzeba zmieszać z rozpuszczalnikiem. I pomimo wyboru wielu substancji chemicznych, które mamy w naszym laboratorium, zachowujemy się jak prawdziwa dama. Jej szafa pęka w szwach, ale przed wyjściem do teatru oświadcza, że nie ma się w co ubrać.

Trzeba więc dokonać wyboru, stosując odpowiednie asekuracje i zabezpieczenia. Pamiętać należy, że trucizną można zabić, ale jeżeli odpowiednio się ją przyrządzi i poda, może stać się także nieocenionym lekarstwem.